Ksiegi gosci nie ma, ale za to jest jej przeciwienstwo czyli dedykacje. Popros mnie, a specjalnie dla Ciebie zadedykuje te strone, tak aby specjalnie dla Ciebie wyswietlalo sie tu costam. Mysle, ze to idealnie pasuje do mojej doktryny odwracania ogona kotem.

26.05.2008 00:01'01".odwroc porzadek

Analogowy komputer

Prof. Koscielski opowiedzial nam na zajeciach, ze banda kilkudziesieciu matematykow, dostala w przed-komputerowych i przed-satelitowych czasach zlecenie od rzadu, aby na potrzeby jakiejs tam kartografii i geodezji rozwiazac uklad ponad 200 rownan [liniowych] z ponad 200 zmiennymi.

I oni go rozwiazywali ponad rok. Znak czasow.

Tak w zasadzie to mnozen jest 8 mln, ale przeciez nie kazdy umie mnozyc za jednym zamachem 30cyfrowe liczby

I nie chodzi mi o to, ze dzisiaj trwaloby to 0.01s na moim kieszonkowym palmtopie. Chodzi mi o to, ze gdybym ja dostal zadanie odwrocenia macierzy rozmiarow 200x200, to majac przed soba perspektywe zmarnowania 40 osobolat na wykonanie ponad 8 000 000 000 mnozen, wolalbym poswiecic pare miesiecy na wymyslenie metody. Dobrze rozwiniety mozg sklania do lenistwa - tak je zawsze u siebie usprawiedliwialem.

Umiescic na stronie cos niezrozumialego i obserwowac reakcje ludzi. Jesli to sa bujdy, to genialny pomysl. Jesli to prawda - rowniez. Swietny pomysl.

Poswiecilem wiec okolo 30 minut w drodze na WF - jesli mam za co dziekowac MPK, to za bardzo wygodne miejsce do rozmyslan - no i wymyslilem maszynke, do ktorej wystarczy wlac wode dobrze docisnac i mozna odczytac rozwiazanie takiego ukladu. Caly eksperyment nie powinien trwac dluzej niz naregulowanie 200x200 suwaczkow, a potem odczytanie 200 wynikow. Rzecz jasna zbudowanie takiej maszyny bylo mozliwe nawet za czasow Nerona. Zal mi zatem tych matematykow.

Ja rozumiem, ze oni chcieli wydoic jak najwiecej kasy na granty - a moze to znowu przemawia przeze mnie duch wspolczesnosci - ale przeciez mogliby na tym zarobic wiecej, albo nie przyznac sie, ze juz skonczyli.

A oto szkic mojego pomyslu

zaczelam od srodka bo draznilo mnie to polaczenie niebieskiego z czerwonym w rysunku:)

Koncepcja jest taka, ze ilosc wody na kazdym poziomie odpowiada wyrazowi wolnemu. Dzieki temu czerowne suwaki musza byc w takich pozycjach, aby odpowiednia suma iloczynow byla co najmniej taka jak ten wyraz wolny. Suwaki na wszystkich pietrach sa ze soba sprzezone, wiec wartosc zmiennej x jest taka sama w kazdym z rownan. Trzeba tez troszke sprytniej rozwiazac przypadek gdy jakis wspolczynnik jest ujemny, ale to nie jest bardzo trudne, chociaz wymagaloby od osoby regulujacej maszyne, aby podlaczyla rurke z drugiej strony cylindra. Mozna wreszcie, zamiast rownan liniowych rozwiazywac inne, zmieniajac ksztalt cylindrow. Przykladowo do obliczania wentylacji w kopalni potrzebowalem rownan, w ktorych wystepuja wyrazenia typu ax2, w tym celu wystarczy aby scianki cylindra byly nachylone pod pewnym katem.

too long - didn't read.
wyciek pamieci w tym kontekscie nabiera nowego znaczenia

Konkretnie to to musi dzialac jakos tak, ze najpierw regulujemy w jakis sposob ksztalty cylindrow i podpinamy rurki z odpowiedniej strony w zaleznosci od znaku aij. Nastepnie ustawiamy suwaki w pozycji fioletowej. Wlewamy tyle wody ile sie zmiesci. Jako ze pozycja fioletowa odpowiada x1=x2=..xn=0, to wlana woda odpowiada bi=0. Zatem trzeba dolac wiecej wody. Dokladniej trzeba dolac bi litrow wody na i-tym poziomie. Musimy pewnie uzyc nieco sily zeby wpompowac te wode, poniewaz nie ma dla niej miejsca kiedy zaczynamy ja wlewac. Zatem czerowne suwaczki zaczna sie rozsuwac zeby zrobic dla niej miejsce. Amen. Takie proste. Tzn. tak naprawde jesli jakies bi mialo byc ujemne, to trzeba troche wody odpompowac. Ale to tez nie takie trudne.

nie rozumiem rysunku i nie czytalem opisu, ale wierze, ze tak

Czemu to mialoby dzialac? Bo jesli macierz A jest nieosobliwa, to dla kazdego wektora b, uklad rownan Ax=b, ma dokladnie jedno rozwiazanie. Zaczynamy od wektora b=0 i jego rozwiazania x=0, zatem wszystko gra. Potem dolewajac stopniowo wode zmieniamy wektor b. Zauwazmy, ze rozwiazaniem jest zawsze x=A-1b czyli jakas liniowa funkcja b. Zatem jesli b sie troszke zmienia, to x tez sie tylko troszke zmienia. Wszystko jest tutaj ciagle i delikatne, wiec prawa fizyki sobie z tym poradza.

Strzalka czasu

Tradycyjnie uwaza sie, ze to co bylo jest pewne - wszak pamietamy to calkiem dobrze, zas przyszlosc jest niepewna. Na rysunku przedstawilibysmy to jako nitke historii ciagnaca sie za nami oraz postrzepione drzewo niewiadomych wariantow przyszlosci.

Tymczasem, jesli sie dobrze zastanowic, to prawa fizyki [przynamniej te klasyczne], mowia, ze jest dokladnie na odwrot : przyszlosc jest pewna i zdeterminowana przez prawa natury, natomiast przeszlosc jest zupelnie niejasna, gdyz jedyne co nam po niej zostalo do dzisiaj to swego rodzaju wspomnienia. Np. jesli upuszcze dlugopis z wysokosci 1 metra, to za pare chwil bedzie lezal na podlodze. Jesli upuszcze go z wysokosci 0.5 metra to rowniez bedzie lezal na podlodze. Jedyne co swiat z tego zapamieta to ze dlugopis lezy na podlodze i trudno bedzie odtworzyc czy spadl z wysokosci 1 metra czy nie. Podobnie nasze wspomnienia nie sa w stanie odzwierciedlic dokladnie tego co bylo wczoraj, wiec byc moze kazde 'wczoraj' jest mozliwe, byleby pasowalo do naszych wspomnien?

Przynajmniej ja tak rozumiem stwierdzenie, ze 'entropia rosnie'. Do okola nas co raz wiekszy balagan i co raz trudniej odtworzyc uporzadkowany stan, od ktorego wszystko sie zaczelo.

Z ta fizyka to bardzo naiwne. Bardzo naiwne, ale ciekawe.

A przynajmniej tak sobie to wszystko kiedys wyobrazalem. Uswiadomiono mi jednak, ze zle rozumialem zasady termodynamiki i fizyki. Swiat jest deterministyczny w obu kierunkach. Gdyby chciec to z praw fizyki da sie odtworzyc z jakiej wysokosci spadl dlugopis. A to ze entropia rosnie to raczej zjawisko statystyczne niz regula. Chodzi chyba o to, ze istnieje bardzo duzo sposobow na jaki mozna nabalaganic w pokoju, ale tylko kilka naprawde ladnie uporzadkowanych pokojow, zatem statystycznie, pokoj powinien stac sie w koncu zabalaganiony.

nie wierze, zeby byl niedeterministyczny w obu kierunkach, to wprowadza chaos gdy tylko proboje sie o tym pomyslec

Jeszcze dokladniej to chyba jest tak, ze swiat jest niedeterministyczny w obu kierunkach. Rzecz jasna macza w tym palce zasada nieoznaczonosci i tym podobne. Osobiscie widze w tej zasadzie ostatni przyczolek, w ktorym dzielnie sie broni dzisiejszy Bog, idea wolnej woli itp. Ale to chyba dlugo nie potrwa. Pamietam, ze z uczuciem wyzszosci myslalem w liceum o starozytnych grekach, gdy mowilismy sobie, ze "oni mieli mitologie bo nie rozumieli swiata". No wiec my niby co raz wiecej z tego swiata rozumiemy, co raz mniej mamy mitologii, ale... ..czy aby na pewno? Ile przecietny Polak wie o chemii, fizyce, biologii, meteorologii, informatyce? Chyba nieduzo. A co ma w to miejsce? Mitologie? Religie? Chyba nic. Przecietny czlowiek wie, ze ktos udowodnil, ze Bog nie ma nic wspolnego z chorobami zakaznymi, ale nie wie co to jest wirus, ani na czym polega antybiotyk.

-jaka pralke kupiliscie?
-zadna

Tworzy sie nowe sredniowiecze. Mowie mamie: kupmy pralke z suszarka, bedzie wygodniej. Mama na to: ale takie z suszarka maja duzo elektroniki i sie psuja. Ja na to: no i co z tego? Przeciez sa fachowcy, a sprzet zawsze sie psuje, tak ma byc. Tylko, ze wspolczesny 'pan Kaziu od pralki' nie umie naprawic [tanio] elektroniki. Podobnie naprawa centralnego sterowania w samochodzie przekracza mozliwosci pana z serwisu na Smetnej. Wkurza mnie to. Oni smia sie nazywac technikami? Co oni tak naprawde wiedza o dzisiejszej technice?

Naszlo mnie tez, ze byc moze swiat jest deterministyczny, az do bolu. Ze gdyby mogl znalesc sie dwukrotnie w tym samym stanie, to podazylby w tym samym kierunku. Tylko ze mozliwych stanow swiata jest rzecz jasna znacznie wiecej, niz stanow swiata, ktore dotad widzielismy, wiec o ile swiatem nie rzadza jakies proste reguly, to nic nam z tego nie przyjdzie.

Pesymizm poznawczy

Chodze sobie na taki przdmiot Natural Language Processing. Chodzi o to, zeby nauczyc komputer rozumiec jezyk polski, wypowiadac sie w nim itd. I sytuacja wyglada na dzien dzisiejszy tak, ze brodzimy w kaluzy...a przed nami ocean problemow. Zastanowcie sie nad tym na chwile - czy wiecie co to w zasadzie jest jezyk polski? Czy umielibyscie go odroznic? Czy umiecie jednoznacznie powiedziec czy ktos popelnil blad w wypowiedzi czy nie? Czy da sie zrozumiec o co komus chodzi, nie znajac go? Czy nie jest aby tak, ze innym jezykiem rozmawiamy z bratem, innym z mama, innym z nauczycielem, innym z pania z urzedu? A jesli tak jest, to jakim jezykiem mielibysmy rozmawiac z komputerem? I po co?

polecam zagadac do laski z MS "Yo mamma"

Serio - Po co? Po co rozmawiac z komputerem? Niektorzy postuluja, ze to naturalniejsze niz stukanie w klawiature, czy klikanie na suwaki. Naturalniejsze? A ktos widzial komputer w naturze? Czy to naturalne rozmawiac z martwym przedmiotem? Czy to w ogole zdrowe dla psychiki? Inni mowia: to wygodniejsze. Prosciej zadzwonic do PKP i spytac automat po polsku o najtansze polaczenie do Warszawy. Serio prosciej? I co, on mi pozniej przedyktuje liste stacji i numery pociagow? A ja mam mu dyktowac wyraznie literka po literce moje nazwisko do rezerwacji? Co w tym wygodnego. Powiem wiecej, to jest oszukiwanie ludzi. Widzialem juz kilka systemow, ktore udaja ze rozumieja [bo wszak o prawdziwym zrozumieniu nie moze byc mowy jeszcze przez - wysmiejecie kiedys moje slowa - kilkadziesiat lat]. Wszystkie niepotrzebnie zachecaja mnie do budowania naturalnych [a wiec skomplikowanych] zdan. Na ktore nie umieja odpowiedziec z sensem. To tylko rodzi frustracje. Wiec nastepnym razem staram sie uzywac prostych slow. Juz nawet nie zdan! Slow. To jest naturalne? "Prosze, bilet, Wroclaw Warszawa, na jutro". Fakt - czasem mowie tak nawet do zywej pani, twarza [w szybe] w twarz. Ale to troche chore.

I tak sobie pomyslalem. OK - brzydze sie sieciami neuronowymi i algorytmami genetycznymi, ale - byc moze tutaj swietnie by zadzialaly. Zarzucmy sztuczna siec neuronowa miliardem bodzcow, az sie nauczy polskiego. Jesli bedziemy miec dostatecznie szybkie komputery, to w koncu bedzie dzialala nawet sprawniej niz kilka pracowniczek PKP razem wzietych. Ale po co? Zwolnic te panie z pracy? Czy nie jest taniej [i przyjemniej] splodzic jeszcze kilka nowych ludzi [Chinczykow?], a wiec naturalnych sieci neuronowych, niz hodowac sztuczne? Do czego my tu dazymy? Do symulowania zycia, aby bylo naturalniej, jednoczesnie wywalajac z pracy, najbardziej naturalna pania Krysie? Glupota.

wszczepianie myszy sztucznego hipokampu budzi opory - a co jesli chip idealnie kopiuje ludzki mozg, zas codziennie lykany PerSen zmienia osobowosc?

I pomyslalem jeszcze: OK - moze nam sie uda wyhodowac kopie ludzkiego mozgu. Moze nawet uzywajac wiecej zasobow, zbudujemy cos lepszego niz nasz mozg. Ale co nam to da? Jesli nie wiemy jak dziala nasz mozg [nie chodzi mi o to jak dziala neuron, ani o to jak one ze soba wspolpracuja - chodzi mi o calosc], to tym bardziej nie pojmiemy, co tak naprawde dzieje sie w tej maszynie. Bedziemy mogli podziwiac efekty jej pracy. Bedziemy mogli zachwycac sie prostota elementow z jakich sie sklada [coz prostszego od neuronu!]. Ale nigdy nie zrozumiemy calosci. Po co chce zrozumiec calosc? Bo, w moim zyciu o to chodzi - zeby rozumiec. Nie cieszy mnie swiadomosc posiadania w domu encyklopedii, ani tablic matematycznych. Ja chcialbym rozumiec. I to mnie zasmucilo - ze byc moze mamy naturalna bariere - mianowicie nasz mozg - ktora nie pozwoli nam zrozumiec rzeczy bardziej skomplikowanych i doskonalszych niz moglismy zrozumiec wczesniej.

I wtedy pomyslalem: zaraz-zaraz, to mi cos przypomina. Jest taki wazny dla kazdego informatyka przedmiot : Jezyki Formalne i Zlozonosc Obliczeniowa. Jedna z pierwszych rzeczy o jakiej sie na nim dowiaduje, to ze nie da sie zbudowac komputera, ktory umialby sam siebie zrozumiec [to tak z grubsza]. Wiec byc moze nasz mozg nie jest zdolny nawet do zrozumienia samego siebie. Jak zamodelowac caly swoj mozg wewnatrz niego samego? Nie da sie - chyba ze dojdzie do pewnych uproszczen i zaniedban. A co jesli kazde uproszczenie zabija piekno tej konstrukcji? Co jesli kazdy szczegol jest potrzebny? Wtedy nigdy nie pojmiemy co jest grane. Chyba ze wyewoluujemy - cos jak u Dukaja - przestaniemy byc ludzmi, aby moc lepiej rozumiec i poznac nowe granice, ktore znow przekroczymy dopiero wtedy, gdy wyskoczymy o poziom abstrakcji wyzej. Moze o to chodzi w definicji Absolutu.

Troszke mi pada na mozg

Wiem, ze co pilniejsi z Was zauwazyli to wczesniej. Ale Docencie. Konkretnie zauwazylem, ze cale to siedzenie w teorii algorytmow i niedeterministycznych maszynach i w ogole zlozonosci, sprawilo ze:

Edukacja

masz kupe szczescia, ze swiadomie trafiles na kierunek studiow, ktory cie bawi

Uwazam, ze studia powinny byc przed liceum. Tzn najpierw powinno sie zrobic to co sie lubi, a potem jak Ci sie to juz przeje, to dla relaksu pouczyc sie troche tych wszystkich innych rzeczy, z ktorych sklada sie swiat.

zwlaszcza z ta szkola bardzo bym chcial wrocic i sie czegos nauczyc ale ja bym to wiazal z tym ze im jestem starszy tym paradoksalnie jest mi mniej wstyd pytac o cos i mniej wstyd przed innymi ze czegos nie wiem

Tylko, ze ja teraz jakbym poszedl do liceum [a snilo mi sie to juz pare razy, wiec wiem], to bym nie usiedzial na lekcjach nie zadajac ciagle pytan. Chcialbym podyskutowac o wszystkim. Chcialbym zrozumiec jak najwiecej waznych rzeczy. Mam wrazenie, ze tak jak jest teraz jest bez sensu. Np. jest sobie przedmiot o nazwie 'chemia', po ktorego 6 latach nauki, wciaz nie wiem czym sie rozni 'witamina C' od 'kwasu foliowego', oraz czy 'Q-enzym Q10' to cos prawdziwego, czy wymysl reklamotworcow. Czuje sie zagubiony na stoisku z szamponami jak i przy zakupie batona. Jestem zmuszony przez swoja ignorancje zaufac reklamie! Przeciez to brzmi nawet glupio.

Czy szkola podstawowa nie moglaby nauczyc podstaw? Ale takich prawdziwych i uzytecznych? Zebym nie musial sie czuc jak idiota, gdy mi mowia, ze we krwi mam niski poziom 'leukocytow', a ja nie wiem czym sie to rozni od 'limfocytow'? Ja nawet wiem, ze mialem o tym zajecia w liceum, ale ta wiedza utonela w gaszczu innych pierdol, ktore ulecialy zaraz po sprawdzianie.

Ja wiem, ze sa ludzie ktorzy interesuja sie biologia, sam sie interesuje! Ale jestem pewien, ze tak jak informatyka w liceum nic nie ma wspolnego z prawdziwa informatyka, tak samo chemia w szkole nie ma nic wspolnego z chemia na studiach, a biologia z biologia itd. Nie wierze, ze tak wygladaja podstawy chemii, jak to co widzialem w szkole. Jesli tak jest, to chyba studia powinny trwac 27 lat, zanim by doszly do czegos naprawde ciekawego.

Powiem szczerze, czuje, ze w dzisiejszym swiecie nie wypada mi myslec o sobie jako o inteligencie. Wiedza ktora posiadlem nie wystarczy mi do naprawy pralki, dokonania swiadomych zakupow, czy grania na gieldzie. Ja wiem, ze nie tylko z tego sklada sie zycie, ale w pozostalych dziedzinach jeszcze trudniej mowic o edukacji publicznej.

Przecinki

No wiec, ja wiem, ze stawiam przecinki nie tam gdzie trzeba. I ja wiem, ze to utrudnia czytanie. Ale ja je stawiam dokladnie tam, gdzie robie pauze kiedy mowie. Wiec, moze to reguly interpunkcji sa nieintuicyjne? Ja wiem, brzmie jakbym sie usprawiedliwial. Wiec moze - inny przyklad.

Na wspomnianym juz NLP ciagle utykamy na tym, ze jezyk naturalny, wedlug wszelkich miar znanych informatykom, nie ma sensu. Nie ma zadnej sensownej struktury. Nie ma zadnych, prostych regul. Wymyka sie informatycznemu opisowi i ucieka w granice nieobliczalnosci wszystko co naturalne.

Brakuje mi w tym stanowisku informatyki nieco pokory. W koncu mowimy tu o czyms co powstalo na przestrzeni miliardow lat. Tak. Miliardow. Mimo, ze ludzi nie bylo na swiecie, to ewolucja juz sie toczyla. A jakie ona ma reguly? Losuj, losuj, wyrzuc smieci, zostaw sensowne i przydatne. Podobnie z jezykiem - nieublaganie, ewolucja powinna go ciagle upraszczac i usenswaniac. Zatem cos tu nie gra. Moze metody badawcze informatyki nie potrafia uchwycic piekna i prostoty naszego jezyka. Tak - prostoty. Przeciez uzywaja go dzieci. A dzieci nie umieja calkowac, liczyc cosinusow, uzywac dynamicznych algorytmow rozkladania gramatyk bezkontekstowych itd. Cos tu nie gra.

Na pewno informatycy dostrzegaja dwa znane im zjawiska: kodowanie i kompresje danych. Kodowanie w informatyce sluzy [nie, nie do szyfrowania] do zabezbieczania informacji przed zakloceniami i blednym odbiorem informacji. Z reguly oznacza to dodanie jakiejs redundancji [nadmiarowosci]. Tak jak w poprzednim zdaniu. Kompresja, to przeciwna sila, polegajaca na skracaniu informacji tak bardzo jak to tylko mozliwe, aby zachowac mozliwosc jej odtworzenia. "cze", "nara", "siema", wszyscy znamy daznosc do monosylaby. No wiec, cos tam informatyka wie o jezyku. Ale wciaz za malo, by sie zachwycic tym jedynym sensownym i najprostszym protokolem komunikacji miedzy najdoskonalszymi [so far] komputerami chodzacymi [sic!] po Ziemi.

Wyhoduj sobie religie

Na wstepie zaznacze, ze nie wierze w Ewolucje. Tzn. jestem pewien, ze ona jest wszechobecna, bo jej mechanizm jest jak najbardziej oczywisty i niepodwazalny. Nie wierze natomiast, ze jest to jedyny mechanizm, jaki doprowadzil do dzisiejszego stanu fauny i flory.

Czemu? Bo chodzilem na Algorytmy Ewolucyjne i wiem, ze to strasznie powolny proces, wiec albo mylimy sie co do datowania dinozaurow, albo ...No wlasnie. Na Ewolucyjnych omawialismy taki algorytm, w ktorym oprocz osobnikow ewoluowala takze... ewolucja. Pomyslcie - to ma sens. Jesli wszystko w przyrodzie podlega prawom ewolucji, to... te prawa takze. Byc moze kiedys np. prawa te byly nieco inne. Rzecz jasna nie chodzi mi o 'meta-prawo' ewolucji - czyli ze losujemy i wybieramy najlepsza opcje i poprawiamy rozklad. Chodzi mi o takie detale jak na przyklad tempo zmian, mutacji, ilosc osobnikow bioracych udzial w rozmnazaniu itd. Moze to sie zmienialo, a po osiagnieciu w miare sensownych rezultatow proces spowolnil, aby czegos nie zepsuc - to sie w informatyce nazywa algorytm wyzarzania, zas w kowalstwie nazywa sie proza zycia [im dzielo blizsze ukonczenia tym subtelniejsze powinny byc ruchy dluta].

Ale do rzeczy. Jako informatyk, patrze na wiele rzeczy z otaczajacego mnie swiata, jako na roznego rodzaju gry. Ale nie tak jak sugeruje moja mama, czyli, ze "tobie sie chyba wydaje, ze to jakies pieprzone VR", tylko takie, no wiecie,...gry. Takie, ze np. graczami sa panstwa, a gra w ktora graja to cos ala monopoly. Albo graczami sa dziewczyny, a graja w cos w stylu podchodow. No nie wiem, jak to wytlumaczyc komus, kto nie wie co to jest gra. Jest duzo ksiazek o teorii gier - polecam.

W tym spojrzeniu chodzi o to, ze jesli da sie graczom dosc duzo czasu, to oni w koncu rozpykaja zasady gry i zoptymalizuja swoje dzialania. Czasami nawet przelamia swoj egoizm i zamiast sie nachapac, sprobuja wejsc w jakis sojusz z innymi graczami. I - uwaga - tak naprawde zrobia to wlasnie z egoizmu, tylko w bardziej wyrafinowanej postaci. Okazuje sie, bowiem, ze byc zlodziejem, wcale sie nie oplaca w kraju, w ktorym sa wiezienia. Trzeba isc na kompromisy, dla wlasnego dobra, jesli sie wie, ze przed Toba jeszcze dluuga gra. Co innego jesli wiesz, ze zostalo Ci tylko tydzien zycia. O tym rowniez mowi teoria gier. Polecam.

No wiec graczem moze byc wszystko, np. cale panstwo, albo spoleczenstwo. Co sie oplaca spoleczenstwu? Byc. W zasadzie wszystkie twory na ziemi, chca byc. Istniec jak najdluzej. Czemu? Niektorzy mowia, ze chodzi o instynkt samozachowawczy, o milosc do zycia itd. No jasne. Ale czemu? Odpowiedz jest znowu bardzo prosta. Nie chcesz - nie zyj. Pytanie: ile niezyjacych osob chodzi po ziemi? Niektore zrodla podaja ze okolo dwoch. To wszystko bardzo proste - jedyny sensowny wybor, to miec instynkt samozachowawczy. Tu nawet nie chodzi o sens. Tu chodzi o to, ze inny wybor oznacza koniec gry. Zatem co sie oplaca spoleczenstwu? Trwac. Swiat jest pelny homeostatow, czyli tworow, ktore specjalizuja sie w przetrwaniu. Czemu? Bo te co sie nie specjalizowaly juz dawno zniknely.

Zatem spojrzcie teraz sobie na Dekalog i zastanowcie sie, czy mogloby w nim zabraknac ktoregos z przykazan. Wiem, ze to troche obrazoburcze, ale pozwolcie sobie na ten eksperyment myslowy. Czy uslyszelibyscie dzisiaj o Dekalogu, gdyby nie to, ze jest on taki jaki jest i dzieki temu przetrwal w swiadomosci na tyle dlugo, abyscie mogli o nim uslyszec? Na przyklad: "Czcij ojca i matke swoja". Przeciez to gwarancja przetrwania tradycji i kultury. To jest instynkt samozachowawczy tego tworu jakim jest religia. Albo czy mogloby zabraknac "nie zabijaj"? Ile osob przetrwaloby do dzisiaj i ile osob chetnie by sie przylaczylo do wyznawania religii, ktora nie gwarantuje pokoju? Mam wrazenie, ze 'objawione prawdy', najprawdopodobniej wczesniej czy pozniej musialy sie komus wykluc w skale i raz wyklute juz musialy przetrwac w sercach milionow. Losuj, losuj, zostaw najlepiej przystosowane, usun reszte.

Przepraszam wszystkich, ktorzy uwazaja, ze to bylo zbyt cyniczne. Ja sam mam nadzieje, ze takie wlasnie jest. Nie mniej nie zasmucilbym sie, gdyby planem naszego Stworcy bylo nie tylko stworzenie Adama i Ewy na drodze ewolucji od ryb i ssakow, ale takze objawienie im prawd o zyciu na drodze trial&error.

O edukacji ekstremalnej II

Rozmawialem z kolega. On tez uczy zdolnych ludzi. On tez czasem uczy malo zdolnych ludzi. On powiedzial kiedys swemu uczniowi: "To co napisales na tablicy jest zle. Ale teraz zamiast usiasc w lawce, bedziesz stal tutaj tak dlugo, az sobie sam to udowodnisz, znajdziesz blad i go poprawisz. Zrozum, ze na tym polega prawdziwa nauka".

czasem pare dni

Praca informatyka tez na tym polega. Po kilka godzin dziennie spedzam szukajac bledu [czasem dwoch bledow] w programie, ktory pisalem 15 minut. Po kilka tygodni mysle nad zlymi rozwiazaniami dreczacych mnie problemow, by potem to dobre znalezc w pare godzin.

no, ale wiesz, niektorzy sie boja pytac, albo nie wiedza o co

Wszedlem raz na zajecia do grupy mlodych ludzi, ktorzy mieli juz za soba okolo 10h wykladow nonstop. Na moj widok powiedzieli "O nie! Znowu bedzie o grafach..". Ucieszylo mnie to. Wreszcie mieli odwage powiedziec cos szczerze. Wreszcie okreslili granice tego co ich interesuje. No wiec usmiechnalem sie i pytam: "Swietnie! W takim razie czego chcecie sie ode mnie nauczyc?". A oni na to: "Nie wiemy". To mnie dobilo. Dzisiejsza mlodziez nie wie czego chce. Szkola zabila w nich dziecieca ciekawosc. Marzy mi sie cos na ksztalt 'wiejskiej szkolki', gdzie jedna pani spotyka sie z grupka pieciorga ciekawskich dzieci i jedynym celem tego spotkania jest odpowiadanie na ich pytania. Rzecz jasna gdy dzieci podrosna ich pytania beda coraz to bardziej szczegolowe, az w koncu pani bedzie musiala skapitulowac i powiedziec "nie wiem". To dramatyczny moment w zyciu dziecka - ale wtedy pani powinna powiedziec: "ale nie lam sie, przeciez jest google, jest wikipedia, sa ksiazki, sa koledzy". Uwazam, ze glownym celem szkoly powinno byc nauczenie dzieci korzystania z tej dostepnej wiedzy. Korzystania. Nie: obslugi internetu. Nie: wyjasnienia w jakiej kolejnosci sa hasla w encyklopedi. Korzystania - czyli wyrobienia nawyku korzystania. Niech ludzie na zawsze pozostana ciekawskimi dziecmi.

Nieomylnosc a rozsadek

powinno byc: "zawsze mnie sie wydaje, ze mam racje", bo zaimek stoi przed czasownikiem

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, ze bylem wtedy pod wplywem, wina, jej oczu i poznej pory. Rzecz jasna jest duza roznica miedzy "zawsze mi sie wydaje, ze mam racje" a "wydaje mi sie, ze zawsze mam racje".

the one problem to solve

Cala sztuka polega nie na tym, aby aby postepowac slusznie. Ludzie prawie zawsze tak robia. Sztuka polega na tym, aby nasze wyobrazenie o slusznosci bylo jak najblizsze prawdzie.

To zaden wyczyn miec racje - trzeba tylko odpowiednio czesto zmieniac zdanie. Niektorzy nazywaja to oportunizmem i brakiem wlasnego zdania. Nie sadze jednak, aby tkwienie na sile w miejscu bylo czyms chwalebnym.

The Zycie

Tak mnie naszlo, ze kazda proba opatrzenia slowa 'zycie' przymiotnikiem, niesie ze soba zludna sugestie, ze zycie mogloby byc inne. Zycie jest jedno i jako, ze wiekszosc z nas nie ma szansy porownac ze soba kilku zyc, to po co sie rozdrabniac na przymiotniki.

To nie tato - tylko ja, go znalazlam. Zanioslam mu wode i jedzenie, a on wywalil sie brzuchem do gory i poszedl za mna do domu.

Gdy tylko uswiadamiam sobie, ze zycie jest tylko jedno, momentalnie odnajduje w sobie dla niego akceptacje. No bo jaki sens maja utyskiwania na zycie? Przypomniala mi sie scenka z mego dziecinstwa, ktora jako, ze pamiec mi nigdy nie sluzyla, pamietam tylko poprzez opowiadane mi wspomnienia rodzicow. Mielismy kiedys psa Odysa. Traumatyczne mial Odys dziecinstwo, znalazl go tato, porzuconego na parkingu. Bal sie rzecz jasna wsiadania do auta, gryzl w opony jadace ciezarowki, a raz wyskoczyl przez tylne okno w pogoni za Ikarusem. Z jakiegos powodu, zle mu sie tez kojarzyla woda. Potrafil godzinami stac w Odrze po kolana i do zdarcia gardla szczekac na plynaca wode; gryzc ja. Ponoc mialem swego czasu powiedziec: "Odys, skoncz juz gadac, idziemy". Przypisuje genialnosc tej uwagi dziecku, ktorym dawno juz niestety nie jestem.

Coraz bardziej irytuje mnie gdybanie, zwlaszcza dotyczace przeszlosci. Ja rozumiem, ze ciagle analizowanie historii i dopasowywanie wyniesionych z niej wzorcow, do hipotetycznych przyszlosci jest dobrym treningiem dla mozgu. Swoja droga, wiekszosc z nas gdy przychodzi co do czego i tak postepuja calkowicie inaczej niz wczesniej planowalo - ale to chyba najlepiej dowodzi, ze to planowanie czemus sluzy. Nie ma innych opcji - jest tu i teraz. Z pewnym zazenowaniem obserwuje u siebie realnosc z jaka maluja mi sie w glowie takie pojecia jak 'wczoraj', 'czwartek' itp. To idiotyczne, ze zupelnie naturalne wydaje mi sie, ze 'cala przyszla srode mam juz zajeta'. Przeciez ta sroda nie istnieje. Jeszcze. To tylko abstrakt. Snujac sie ciagle miedzy przeszloscia a przyszloscia, przeoczamy to co mamy tu i teraz pod stopami, w plucach i przed oczyma.

Zupelnie rozsadni ludzie, wierza w jakies bajeczne wizje swiata. Ma to swoj urok, ale troche mnie przeraza. Jest spora doza osob, ktora wyobraza sobie Boga jako bankiera - sw. Mikolaja, ktory nieustannie notuje dobre i zle uczynki i uzaleznia od nich rozklad benefitow, kar i prob na nastepny semestr. Nie dosc, ze ta wizja jest sprzeczna z logika, to jeszcze z sama religia. Co wiecej, musi byc sprzeczna, bo zadna religia nie moze zawierac w sobie doktryn az tak prostych do zweryfikowania. Jesli religie mozna zweryfikowac, to nie jest religia, tylko albo stekiem bzdur, albo nauka, w zaleznosci od wyniku eksperymentu.

Mimo to, wiele osob jest w pelni przekonanych, ze doswiadczylo nie raz w zyciu dowodow na poparcie tej tezy. Wierze im w stu procentach. Problem nie w ilosci tych dowodow, tylko w metodzie badawczej. Kazdy kto zna prawa Murphyego, wie jakie figle plata nam percepcja i selektywna pamiec.

To samo dotyczy moim zdaniem kultury. Co by sobie pomyslal o naszym swiecie kosmita, gdyby postanowil wiedze o nas zdobyc na podstawie ksiazek, filmow i tv? Podobnie jak nasza pamiec ma sklonnosc do zapamietywania zaskakujacych faktow, podobnie malo kto robi nudny reportaz, pisze ksiazke bez sensownego zakonczenia, albo kreci film o niczym. Obraz jaki sie wyloni z takiego rekonesansu, bedzie wiec bardzo ciekawy i logiczny. Moznaby pomyslec, ze zycie kazdego czlowieka ma poczatek, rozwiniecie i zakonczenie, ktore ladnie podsumowuje to co sie dzialo wczesniej, ze najezone jest ciekawymi wydarzeniami oraz ze ma sens.

Kosmita to kosmita, ma do tego prawo. Ale mam wrazenie, ze ja tez, faszerowany od dziecka kultura, uwierzylem, ze zycie przebiega wedlug jakiegos sensownego scenariusza, a nawet nie boje sie jego ciemnych zaulkow dopoki nie dobiegnie mnie klimatyczna muzyka, ostrzegajaca zawsze bohaterow dreszczowca.

Prostota a Skomplikowanie

W tej nieumiejetnosci naprawiania wspolczesnego sprzetu domowego, najbardziej irytuje mnie jawna sprzecznosc z daznoscia do prostoty. Oczywiste jest, ze o ile nie nafaszerujemy sobie mozgownicy elektronika, czy jakimis innymi metodami nie poszerzymy swoich mozliwosci mentalnych, to bedziemy sie otaczac rzeczami prostymi. Prostymi tak jak prosty jest wzor E=mc2, a nie tak jak alfabet. Alfabet ma wiecej literek niz ten znany wzor. Pojecia, ktore symbolizuja poszczegolne literki tego wzoru, sa byc moze calkiem skomplikowane. Bardzo skomplikowany wydaje sie sens stojacy za znakiem rownosci. Nie mniej sam efekt koncowy jest prosty. Da sie ten wzor zapamietac.

Przygladajac sie rzeczom i pojeciom, ktore nas otaczaja dostrzezemy, ze na najbardziej ogolnym poziomie abstrakcji sa bardzo proste. Jako informatyk, lubie o tym myslec jak o drzewie. W jego korzeniu jest bardzo prosty koncept, np. 'pralka'. Taka pralka ma w srodku iles podzespolow. Nie moze ich byc za duzo bo nikt by sie w tym nie polapal, zatem drzewo rozgalezia sie na 'klape','beben','programator' i cos tam jeszcze. Kazda z tych rzeczy rozgalezia sie dalej, ale rozgalezien z reguly nie ma za duzo. Na samym spodzie jest powiedzmy pralka\programator\procesor\uklad_scalony\tranzystor\polprzewodniki\prad\elektrony czy cos innego, co w zasadzie zupelnie nie obchodzi przecietnej osoby obslugujacej pralke. Natomiast pana mechanika powinien obchodzic jakis tam konkretny poziom w tym drzewie i powinien on umiec ogarnac go rozumem.

Modularyzacja. O to tu chodzi. Rozwoj cywilizacji ciezko zahamowac tylko i wylacznie ludzka glupota. Zawsze mozna wziac wiecej ludzi i kazdemu kazac myslec nad malym elementem calosci. Potem postawic nad nimi kogos kto widzac te elementy zlozy wieksza calosc, itd.

No i teraz do rzeczy. Wydaje mi sie, ze kazdy okres cywilizacji ma typowe dla siebie klocki, z ktorych usiluje cos sklecic. Klocki te wydaja im sie na tyle dobrze znana zabawka, ze nie przychodzi im do glowy inna metoda rozwiazania problemu niz skladanie czegos z tych klockow. Powiedzmy kiedys odlewano wszystko z brazu, potem np. wymyslono silnik parowy i napedzano nim co sie da, potem Edison wprowadzil prad do prawie kazdej dziedziny zycia, potem pojawily sie komputery, potem Internet, a w przyszlosci, kto wie, moze biotechnologia. Gdzies tam po drodze uzywano mechanizmow zegarowych i wydawalo sie komus, ze nakrecany na sprezyne programator to najprostszy pomysl. Ktos inny uznal, ze najprostszy sposob regulowania temperatury czy gaszenia swiatla na klatce schodowej to bimetal. Zawsze chodzilo o wybranie najprostszej metody.

Zyjemy w czasach gdy najprosciej jest uzyc mikroprocesora. Przykladowo: wiem, ze chce zgasic swiatlo po 5 minutach. Mam zatem pomysl co powinno byc zrobione. Umiem to sensownie wyrazic. Mam tez dostep do tanich mikroprocesorow, ktore robia to o co sie je prosi, wiec po co kombinowac ze sprezyna czy bimetalem. Podobnie jest z pralka, sterowaniem samochodem, czy rozwiazywaniem ukladow rownan.

Warto nad tym chwile pomyslec. Kazdy musi chyba sobie sam wypracowac odpowiedz na pytanie co jest prostsze: uzyc skomplikowanej technologii - aby w latwy sposob wcielic prosty pomysl w zycie, czy uzyc prostej technologii - za to dlugo sie glowic nad tym, gdzie podlaczyc rurki i jaki ksztalt ma miec krzywik.

Moja odpowiedz znacie - studiuje informatyke. Nie mniej oczekuje, ze podczas gdy my na studiach bawimy sie na wysokim poziomie abstrakcji, gdzies ktos powinien sie jednak uczyc jak dziala ten procesor i jak sie go naprawia.

Ale to nie koniec. Skomplikowane rzeczy, ktore wytwarzamy mozna z reguly prosto wyrazic na schemacie. Kazdy kto widzial schemat budowy procesora wie, ze to bujda. Ale jednak procesory projektujemy nie my, ale specjalnie zaprojektowane w tym celu maszyny. Maszyny te sa proste w obsludze i wprowadzaja one ten niezbedny poziom abstrakcji pomiedzy prostym czlowieczkiem a skomplikowanym dzielem. Zatem czasami abstrahujemy nie obiekt, ale metody.

Ale to tez jeszcze nie koniec. W pewnym momencie schematyczny projekt urzadzenia czy schemat postepowania tez zrobi sie juz zbyt skomplikowany, aby go ogarnac. Nalezy sie tego spodziewac, skoro postep prze do przodu, a my stoimy w miejscu. I faktycznie, byc moze czesc Was slyszala kiedys o 'stosie IP' lub o 'pionie kadrowym', czy tez o innych abstrakcyjnych opisach abstrakcyjnych przeciez schematow. Oprocz warstw abstrakcji nasza cywilizacja dorobila sie juz pionow abstrakcji, ktore jak odwierty probuja przebic sie przez kolejne poziomy uproszczen, spiac je w kupe i opisac jeszcze prosciej.

Zapewne wiecie, ze w tak duzych projektach jak powiedzmy napisanie nowego Windowsa, czy zarzadzanie panstwem, z reguly nie ma ani jednej osoby, ktora by dokladnie wiedziala co jest grane. Kazdy tkwi w wyznaczonym mu rozgalezieniu drzewa i stara sie na ile to mozliwe zrozumiec to co sie dzieje w jego najblizszym otoczeniu. Czy mozna zatem powiedziec, ze wytworzyla sie tu jakas nadswiadomosc? Zadna pojedyncza komorka nie ma pojecia co jest grane a mimo to caly organizm zmierza w miare sensownym kierunku. Pierwsze panstwa powstaly cholernie dawno i pewnie nie raz juz sie ktos nad tym zastanawial. Mnie to akurat nie ciekawi. Ciekawi mnie co innego.

Jesli, kazda osoba jest w stanie ogarnac tylko skonczenie wiele pojec, to co jesli przyjdzie nam sie zmierzyc nie z synteza, a wiec kreowaniem, ale z analiza, a wiec zrozumieniem? Co jesli pewnych rzeczy naprawde nie da sie pojac tak mizernym rozumem? Co? Pstro. Po prostu bedziemy podziwiac, moze nawet bedziemy umieli skopiowac, ale raczej nie zmodyfikowac i poprawic. Nie znam sie na tym, ale podobno fizyka bardzo dlugo borykala sie z tym, ze opisywala tylko to co umiala opisac. Ponoc rownania rozniczkowe wydaja sie bardzo fajnym narzedziem do analizy, tak dlugo jak dlugo analizujemy cos co sami zsyntezowalismy, tak aby sie dalo zanalizowac. Tymczasem prawdziwa natura zaskakuje nas tak skomplikowanymi rownaniami, ze przeplyw wody przez akwarium czy jednoczesne zderzenie trzech kulek nastreczaja nie lada problemow.

W informatyce co i rusz udowadnia sie, ze czegos tam jakis tam model komputera nie jest w stanie pojac badz rozstrzygnac. Najslawniejszy jest model, o ktorym sam jego autor smial twierdzic, ze odzwierciedla sposob myslenia czlowieka. I rzecz jasna pokazano, ze istnieja twierdzenia, ktorych tego typu komputer nie moze obalac ani dowodzic, bo jest na to za glupi. Rzecz mniej jasna, istnieje zawsze hipotetyczny lepszy model komputera, poszerzony wlasnie o mozliwosc odpowiadania na te pytania, na ktore poprzedni model nie dawal rady. Nie wiem gdzie na tej drabinie tak naprawde siedzimy. Wazne, ze wyniesione z zajec intuicje sa takie, ze zawsze jest jeszcze cos wyzej.

Ale intuicje te moga byc zupelnie bledne. Wszak wyprowadzil je czlowiek. Paradoksalnie wiec, ile warte sa jego rozwazania dla kogos kto jest wyzej? Byc moze ktos, kto jest wyzej, potrafi sobie udowodnic, ze ponad nim nikogo juz nie ma. Byc moze ktos, kto jest jeszcze wyzej smieje sie do rozpuku slyszac to.

Tak, troszke bredze. Nie mniej to co tu wypisuje ma sklaniac do myslenia, a nie byc ostatecznym wnioskiem z owego myslenia.

Zasada szufladkowa

Niektorzy wzdrygaja sie na sama mysl, ze smialbym przyczepic im etykietke. Przyznaje, ze robie to - nagminnie. Nie wyobrazam wrecz sobie, ze ktos oprocz noworodka, postepuje inaczej. Juz samo slowo 'czlowiek' jest szuflada, do ktorej wrzucamy kilka miliardow niepowtarzalnych postaci, po czym z duma sami do niej wskakujemy. Nikogo tez chyba nie obraza etykietka zwiazana z plcia, czy moze nawet wiekiem. Wiele osob zgodziloby sie rowniez na bardzo szczegolowa etykietke w postaci CD z ich DNA, DVD z ich wspomnieniami i kartoteke ich akt. Tylko, ze taka etykietka jest zupelnie niepraktyczna oraz budzi natychmiastowy sprzeciw tych samych osob, gdy tylko poruszana jest kwestia jej publikacji.

Niektorzy zdaja sie jednak lekac wrzucenia do nieprawidlowej szuflady, badz potraktowania w jednaki sposob co pozostalych sublokatorow danej przegrodki. Pierwszych nie rozumiem. Drudzy wydaja mi sie niesprawiedliwi.

Przede wszystkim, powszechne jest chyba bledne przeswiadczenie, ze raz przylepionej etykietki nie da sie zerwac. Byc moze jestem za mlody by to ocenic, ale patrzac po sobie, wiem, ze codziennie zmieniam swoje zdanie na temat srednio jednej osoby. Wam tez polecam pogadac sobie z kims malo Wam znanym - z reguly czeka Was mile zaskoczenie.

Moze termin 'zaszufladkowanie' kojarzy sie z PRLowska biurokracja, w ktorej dokument po wyladowaniu w szufladzie, byl juz stracony dla swiata? To jeszcze moge zrozumiec, ale 'etykietowanie' to raczej wymysl kapitalizmu, a kazdy wie, ze metki przekleja sie po kilka razy i to glownie z okazji promocji.

duzo mowi o czlowieku, kogo ma na mysli, mowiac 'nie wszyscy przyszli'

Konczac ten przydlugi wstep na temat dynamicznie przydzielanych etykietek i rownie dynamicznej partycji rzeczywistosci na pojmowalne kategorie, chcialbym podzielic sie odkryciem trzech nowych szufladek.

Nosza one magiczne nazwy: Prosze, Dziekuje i Przepraszam. A oto jak sie wpada do jednej z nich: pisze sie jakas bzdure na tablicy, potem ja te bzdure zauwazam i mowie gdzie jest blad, a wtedy Wy ten blad poprawiacie i mowicie jedno slowo.

Jest tez przegrodka, do ktorej, odkad jestem na studiach, nikt nie wpadl, zarezerwowana dla osob, ktore wola, aby bzdura pozostala nietknieta.

P,NP i RP

W informatyce wyroznia sie co najmniej trzy modele postepowania: deterministyczny, niedeterministyczny i zrandomizowany. Ten ostatni rozni sie od poprzedniego brakiem intuicji - podejmowane decyzje sa zupelnie losowe.

Pewnie nie jestem jedynym, ktory zastanawial sie jak pogodzic dwa dogmaty: wolnej woli i niezaleznosci Boga od czasoprzestrzeni. Jak mozna jednoczesnie znac przyszlosc i twierdzic, ze zalezy ona od nas?

Powiedzmy, ze kupujemy akwarium z rybkami, ktore filmujemy na video. Rybki zyja wlasnym zyciem, ktore potem mozemy sobie ogladac, przewijajac tasme wedle uznania. Rybki mialy wolna wole, my mamy mozliwosc obserwowania niezalezna od czasu i miejsca.

gdy ogarniamy procesy myslowe rybki, to wiemy co zrobi, niczego jej nie narzucajac

Problem pojawilby sie, gdyby jakas rybka, chciala z nami pogadac i spytac o to co bedzie jutro. Ten rodzaj interaktywnej ingerencji, jest dla nas klopotliwy. Problemow nie powoduje natomiast ingerencja w postaci wsypywania od czasu do czasu pokarmu, czy zdradzenie rybce, ze pojutrze zmienimy wode w akwarium.

warto zauwazyc, ze brak problemow nie implikuje braku ingerencji

Problemu nie ma zatem, jesli Bog w ogole nie ingeruje w rzeczywistosc, a jest jedynie jej obserwatorem. Wiele osob i tak w to wlasnie wierzy. Tylko, ze ten model Boga jest tylez fajny co bezuzyteczny.

W kultowym z innych powodow Matrixie pada:

Wierzysz przeznaczeniu, Neo?

No i teraz, odkrycie mej wieczornej kapieli: a co ma piernik do wiatraka. Caly 'paradox' zasadza sie na koncepcji, ze jesli mam wolna wole, to przyszlosc nie moze byc okreslona. A to niby czemu? Na czym polega wolna wola? Na swiadomym podejmowaniu decyzji. Nie na rzucaniu kostka. Jesli wolna wola ma polegac na podejmowaniu losowych decyzji, to osobiscie moglbym odbyc taki dialog:

Dlaczego postawiony dwukrotnie w tej samej sytuacji mialbym zareagowac inaczej? To dopiero byloby chore. Wierze, ze ludzie podejmuja decyzje tak jak niedeterministyczne algorytmy : w sposob nie wynikajacy jasno z twardych regul logiki, fizyki itd., nie mniej jednak w sposob zgodny z pewna intuicja, prowadzaca do jedynego slusznego wyniku. Istnieje zatem dokladnie jedna przyszlosc mimo, ze jest ona wynikiem naszych decyzji.

Tylko nie mowcie, ze taka wersja wolnej woli jest w istocie kolejnym prawem fizyki, tylko bardzo skomplikowanym. Odpowiadam: jesli juz rozmawiamy o wolnej woli, to sie chyba zgadzamy, ze prawa nie sa 'fizyki', tylko 'boskie' i sila rzeczy, prawo mowiace o korpuskularnofalowej naturze swiatla (wymyslone dnia pierwszego) wpada do tego samego wora, co prawo o wolnej woli (wymyslone dnia szostego).

Niepoprawny

A gdyby tak, zaczac na czerwono podkreslac slowa "wszyscy", "kazda", "zawsze", "nigdy", "oczywiscie", "na pewno", zamiast "napewno", "na prawde", "conajmniej", "co raz wiecej", "rzadac", "zadzic", "zadko", "rzaden", "w szerz", "wglab" i innych.

Moze lepiej nauczyc logiki. Moze lepiej skupic sie na precyzji. Moze lepiej nie tracic czasu?

Chyba najlepiej uczyc jednego i drugiego. Moze nawet tak jak jest teraz - lepiej tylko jednego. W koncu logike i rozsadek, kazdy ma w sobie - a szkola powinna nauczyc, ze zycie nie jest proste, logiczne, ani sprawiedliwe.

Tablice matematyczne

Nie wiem jak konstruktorom wyposazenia naszego instytutu udalo sie spaprac system tablic w sali wykladowej. Czemu nie mozna bylo tego zrobic tak:

Tablice

Wszak zawsze jedna tablica jest na wysokosci 1m jedna na wysokosci 2m a jedna na skraju. 0+2+4=6 zawsze. Gratis dostajemy stala wartosc potencjalu grawitacyjnego, wiec taki uklad obslugiwaloby sie jednym paluszkiem. Albo dwoma jesli chcielibysmy jakas tablice wywindowac na gore, to wystarczy dwie pozostale sciagnac na dol.

choinki dla opornych

Noworoczne postanowienia

Postanowilem "make the difference". W Polsce jest tyle narzekania, a tak malo faktycznego dzialania, ze mnie to zaczelo irytowac. Zwlaszcza gdy sie obracam w kregu 'inteligencji', to przerazenie mnie bierze. Mianowicie ludziom sie wydaje, ze inteligenci nic nie moga poradzic, gdy u wladzy sa jelopy i ze nie moga zmienic wladzy, bo jelopow jest wiecej, wiec ich nie przeglosuja, a poza tym jelopy mamia jelopow jelopowymi haslami, ktore inteligencji nie przejda przez usta, ani uszy i mozgi. Otoz ja uwazam, ze to jakas bardzo smutna definicja inteligenta. Wizerunek inteligenta jakiego ja nosze w sobie, to ten pierwszy jaskiniowiec, ktory wymyslil, ze wielkiego jelopowatego mamuta mozna zatluc jelopowa maczuga.

W kazdym razie, postanowilem zaczac robic cokolwiek, byleby udowodnic samemu sobie, ze inteligencja jednak daje jakas przewage w srodowisku.

jak dla mnie wyglada jak lista rzeczy ktorymi sie chwalisz (; ale to dobrze :> bo chwalic sie trzeba (;

Jak na razie udalo mi sie:

generalnie, spoleczenstwo traktuje ludzi z wlosami dlugosci wiekszymi niz konstytucja przewiduje w nastepujacy sposob:
- ubrany znosnie? jesli tak, sprawdzamy dalej, jesli nie, menel.
- ubrany na czarna i nosi koszulke z dziwnymi "satanistycznymi" znakami? jesli nie, sprawdzamy dalej, jesli tak to metal (brudas)
- metny wzrok i dziwnie mowi? jesli tak, to informatyk, jesli nie to return error i najczesciej mowia "prosze pani"

Na to ostatnie pytanie, Pani odeslala mnie do Szefa Oddzialu, ktory widzac mnie, usmiechnal sie i - najwyrazniej domysliwszy sie po fryzurze, ze jestem informatykiem - powiedzial dokladnie tymi slowy:

Rzecz jasna na koniec tej rozmowy usmiechnelismy sie do siebie w porozumieniu i odszedlem do domu w poczuciu, ze gdybym o to nie spytal jak wiekszosc Polakow, to stracilbym byc moze 1% czegostam.

What good is a phone call?

Dzisiejsze przemyslenia zasponsorowala moja genialna kolezanka ze studiow, tymi oto slowy:

Od siebie dodam, ze probowalem dzisiaj z kumplem pogadac za darmo przez komputer i mikrofon. Byla to kolejna nieudana z psychologicznego punktu widzenia proba. Nie moge sie zmusic do gadania do komputera - to chore. Mama uwaza, ze chorym jest smiac sie do napisow na ekranie.

Osobiscie uwazam, ze cierpimy na jakies czesciowe rozwiazania problemu. Kiedys probowalem opisac jak wyobrazam sobie docelowe stadium rozwoju komunikacji miedzyludzkiej, w tej ksiazce, ktora przetrwala tylko dzieki webarchive.org - stad dziwny wyglad strony.

Obrazy bure

Chyba przechodze kryzys osobowosci, bo zaczyna mnie cieszyc, gdy ktos uwaza podobnie jak ja. Ten Pan wyrazil sie nawet dobitniej ode mnie:

I tak sobie mysle - jesli faktycznie jestesmy podobni do Stworcy, jesli nawet tylko w tym drobnym detalu jakim jest chec tworzenia - to byc moze relacja miedzy nami a Nim, jest bardziej podobna do relacji miedzy komputerem a nami, niz powiedzmy : miedzy mrowka a czlowiekiem. Tzn. skoro nas po cos stworzyl, to moze faktycznie do czegos sluzymy. I moze podobnie jak komputer jednoczesnie symuluje i przewyzsza nasze umiejetnosci, my - przypominajac Go - jednoczesnie jestesmy w czyms od Niego sprawniejsi?

Siedzac w autobusie, zdalem sobie sprawe, ze siedze w autobusie. To mistyczne doswiadczenie zdaza sie czasem nawet ludziom z Cywilizacji Zachodu. Moze nawet czesciej, bo mamy wiecej autobusow. W kazdym razie, uswiadomilem sobie, ze problemem nie jest znalezienie sensu zycia. Ten jest jasny : reprodukcja, lub przynajmniej replikacja badz utrzymanie przy zyciu swego DNA. Chwila zastanowienia i ... jak to "przy zyciu"? Co to znaczy zywe albo martwe, w odniesieniu do DNA. Z reszta - pisze DNA, a mam na mysli takze : kulture, tradycje, historie, itd. One w ogole zyja? Albo umieraja? Moze to kamyk jest najlepiej przystosowany do przetrwania?

W telewizorze pokazali wija odcisnietego w kamyku. Kamykiem sie akurat nie zachwycano. Nie zachwycono sie rowniez tym, ze znaleziony okaz wija jest datowany o kilka(dziesiat?set?nie pamietam) milionow lat dawniej niz znaleziony poprzednio. Krokodyl ponoc tez sie malo zmienia...

Ale wracajac do autobusu : problemem nie jest pytanie o sens zycia. Problemem jest pytanie o sens swiadomosci.

No dobra, jest tez problemem zdefiniowanie co to jest swiadomosc. Tradycyjnie podchodzi sie do tego tak: ja mam swiadomosc, ty byc moze masz swiadomosc, kamyk na pewno nie ma swiadomosci, a granica przebiega gdzies miedzy kamykiem i pieskiem.

Powyzsze podejscie mi sie nie podoba, bo zaklada z gory, ze istnieje sposob uszeregowania obiektow od najmniej swiadomych do najbardziej swiadomych, oraz - co wiecej - ze znamy to uszeregowanie : najmniej swiadomy jest kamyk, najbardziej dalaj lama. I niby problemem ma byc tylko postawienie gdzies kreski, lub wymijajace rozmycie granicy. Tymczasem, smiem twierdzic, ze dopoki nie zdefiniuje sie dobrze co to jest swiadomosc, to ciezko jej odmowic kamykowi, tudziez cokolwiek szeregowac.

No wiec zrewidujmy: skad wiem, ze kamyk nie jest swiadomy? Pada na niego sloneczko i drzy gdy jedzie tramwaj, podobnie jak na moja siatkowke padaja fotony, a bebenek w uchu drga. No dobra, ale kamyk nie przetwarza tej informacji. Nie buduje sobie modelu swiata ani siebie samego. Hm, a czy ja to robie? Czy komputer z podlaczonym webcamem i mikrofonem oraz zainstalowanymi najnowszymi kodekami do telekonferencji, nie przetwarza audio-wideo znacznie precyzyjniej, znacznie bardziej wyrafinowanie i doglebnie niz moj mozg? Ponadto, czyz kamyk nie zawiera w sobie swojej wlasnej pomniejszonej kopii, tj. modelu, tj. wyobrazenia o samym sobie?

Zostawmy, wiec pana kamyka, a przygladnijmy sie sobie.

Siedzac w autobusie uswiadomilem sobie, ze byc moze wcale nie jestem swiadomy. Bez sensu: przeciez 'uswiadamiac sobie' moze tylko swiadoma osoba. Przeciez jest ktos, kto patrzy wlasnie przez okno autobusu. Obserwator! Wiec moze zdefiniujmy swiadomosc, poczynajac od tego czym jest nieswiadomosc: jesli robisz cos w tajemnicy przede mna, to nie jestem tego swiadomy. Jesli drzewo upada w srodku lasu, to nikt kto jest poza lasem raczej nie jest tego swiadomy. Jesli nie jestes telepata, ani nie masz zaburzen psychicznych, to nie jestes swiadom tego co sie dzieje w mojej glowie. Proces A w komputerze X raczej nie powinien byc swiadomy tego co sie dzieje w procesie B na komputerze Y.

No to juz wiem, ze jesli mam szanse byc czegos swiadomym, to raczej nie tego co sie dzieje w moim komputerze, albo w Twojej otrzewnej.

OK, tak to sie do niczego nie dojdzie. Do autobusu wsiadla siostra mojej babci. Jedzie na operacje oka. Mowi, ze drugiego oka nie bedzie juz operowac przed smiercia. Dziwne, bo po smierci chyba trudniej przeprowadzic operacje. Usmiala sie. Sprawia wrazenie jakby juz rozpykala zycie. A ja mam na to jeszcze pare przystankow.

Wciaz nie umiem sam siebie przekonac, ze jestem swiadomy. Ze to co sie dzieje w mojej glowie nie jest po prostu efektem, ktory pojawia sie samoczynnie w kazdym bardzo zlozonym systemie. Byc moze, gdyby komputer mial w sobie program, ktorego zadaniem byloby monitorowanie wszystkich naplywajacych danych, analizowanie ich i podejmowanie dzialan, przeplatane z prowadzeniem obliczen abstrakcyjnych "na wszelki wypadek", to temu programowi, rowniez wyloniloby sie cos na ksztalt tego co "widze" "ja" gdy "obserwuje" "swiat".

Co raz wiecej cudzyslowow, co raz mniej jestem pewny tego wszystkiego.

Dygresja: czytajac kiedys o zludzeniu Wielgachnego Ksiezyca W Pelni Nad Horyzontem, dowiedzialem sie, ze ludzki mozg w ten sposob przetwarza informacje, ktora naplywa do niego z oczu, aby utworzyc trojwymiarowy obraz, a nastepnie umiejscowic w nim siebie w punkcie obrotu podstawy czaszki, dzieki czemu krecenie glowa nie wydaje sie nami poruszac. Intrygujace. Zastanowcie sie co to w zasadzie oznacza 'umiescic obserwatora w trojwymiarowym obrazie'? Ci z Was co maja jakas wprawe w rysowaniu na kartce, czy robieniu plaskich zdjec, wiedza, ze przedstawienie trojwymiarowego swiata na dwuwymiarowej powierzchni, z reguly wymaga wskazania punktu w jakim znajduje sie obserwator. Ci z Was co maja jakas wprawe w programowaniu gier z obiektami 3D, czy w projektowaniu, wiedza, ze trojwymiarowy opis rzeczywistosci nie potrzebuje tak naprawde konkretnego ukladu odniesienia - w istocie garnek zawsze jest garnkiem, nie wazne gdzie jest poziom morza. Dlaczego zatem komputer umie sobie w pamieci stworzyc obraz 3D i powstrzymac sie od umiejscawiania w nim jakiejkolwiek 'kamery', zas czlowiek w swej mozgownicy ma nie tylko informacje o otoczeniu, ale takze o tym, z ktorego miejsca na nie patrzy? A w zasadzie : z jakiego chcialby patrzec, bo oczy nie znajduja sie w podstawie czaszki. I w zasadzie, skoro moje oczy patrza z pozycji twarzy, to KTO patrzy z pozycji podstawy czaszki? Do kogo naleza te wewnetrzne oczy, ktore patrza na przetworzony trojwymiarowy obraz, uzyskany z dwoch dwuwymiarowych obrazow widzianych przez moje oczy?

No, ale pytanie mialo brzmiec: jaki jest tego wszystkiego sens? po co swiadomosc? Po co stworzono swiat takim, ze istnieja w nim swiadomi obserwatorzy? Jak ja pisze program, albo jak budowniczy robi most, to zadnemu z nas nie zalezy na tym, aby nasze dzielo bylo swiadome. Chec poklasku? Znecanie sie? Czy mostowi byloby milo wiedziec, ze wszyscy po nim jezdza? Albo czy program bylby zadowolony, ze odwala za mnie brudna robote? Moze pokoj by mi podziekowal, ze go posprzatalem?

No i dochodzimy do tego tytulowego obrazoburczego kawalka. Dlugo tlamsilem w samym sobie przyznanie sie do tego, ze tak naprawde ani troche nie rozumiem glownej doktryny mojego wyznania. Bodzcem, ktory ostatecznie mi to uzmyslowil jest ten fragment:

Tak - nie rozumiem idei odkupienia. Nigdy nie rozumialem. Nie rozumiem tez idei Trojcy Swietej. Nigdy nie rozumialem. Albo akceptujemy odrebnosc Jezusa, w tym czego pragnal, tym co wiedzial o przyszlosci, w tym czego doswiadczal na Ziemi, albo uwazamy go za kawalek Ojca. Albo akceptujemy, ze musial zginac, albo go podziwiamy ze tak wybral. Albo cierpial nie wiedzac, ze zmartwychwstanie, albo sie popisywal jak na weselu.

I nazywanie tego Tajemnica Wiary, tudziez mydlenie oczu tekstem, ze wiara to nie to samo co logiczne wnioskowanie, w niczym mi nie pomagaja.

Chetnie bym sie potargowal z nasza religia. W zasadzie przez lata to robilem. Ale to bylo dziecinne - 2000letnia tradycja raczej nie pojdzie na kompromisy. Wszystko albo nic, bo pechowo dla mnie, Jezus sam, nieproszony, niejednokrotnie, pomiedzy bardzo ladne i madre wypowiedzi, ktore pozwolilyby traktowac go jako Medrca, Oswieconego, moze nawet Proroka, wplatal kategoryczne 'Jestem Synem Bozym'. Albo byl szalony, albo faktycznie jest Nim, ale w tym drugim przypadku, jedynym logicznym wytlumaczeniem, jest ze bycie Synem, to co innego niz bycie 'wspolistotnym Ojcu'. Tak czy owak, w oficjalny wariant Kosciola nie chce mi sie wierzyc.

A nawet jesli, to po co?

Babcia - chociaz myslalem, ze mnie przeklnie - stwierdzila, ze moze powiniennem isc na teologie : tam mi odpowiedza. OK. Pewnie tak. Ale 40 milionow wiernych, czy do ilu tam ostatnio spadlo, nie pojdzie na te studia! Przeciez to sa podstawowe pytania, ktore powinny byc wyjasniane na poczekaniu kazdemu dziecku przed pierwsza komunia. Tymczasem mi zawsze kazano "przyjac na wiare".

Motto,Mantra,Soundtrack zycia.

Udalo mi sie w koncu odnalezc w sieci obraz, ktory widzialem kilka lat temu w muzeum, a ktory na zawsze zmienil moje podejscie do srogiej rzeczywistosci. Czego i Wam zycze.

Tam gdzie stoje swieci slonce

Gadaj zdrow

Mam za soba egzamin z Natural Language Processing. Bralem tez udzial w konkursie na program do poprawiania bledow w polskim tekscie. Podsumuje te doswiadczenia : zrozumienie tego co sie do komputera pisze, jest po pierwsze niemozliwe, po drugie - bezcelowe. Okazalo sie bowiem, ze najlepsze rezultaty mial program, ktory olewal zupelnie skladnie i semantyke zdania i po prostu sprawdzal pod katem statystycznym, czy dana trojka sasiednich wyrazow jest popularna czy nie.

Ciekawe spojrzenie na problem rozpoznawania mowy, rzucilo mi dzisiaj objawienie dziury w Pewnym Systemie Operacyjnym, ktory wykonuje poslusznie polecenia naplywajace przez mikrofon ... z jego wlasnych glosnikow. Pozwala to np. skasowac dane koledze przez Skype'a, albo poprzez umieszczenie sciezki dzwiekowej na swojej stronie rozprzestrzeniac wirusa na kazdy komputer majacy sprawny mikrofon i glosniki. Jest to przy tym wspaniala inkarnacja mitycznego Albanskiego Wirusa, ktory prosi uzytkownika, zeby sam go rozeslal. W rzeczy samej, nawet podyktuje on swoj kod.

Z innej beczki : spotkalem sie dzisiaj z trzema postawami urzedniczek.

  1. Pani z PZU, mloda, idaca jutro na urlop, ktora bez kolejki przyjela ode mnie zaswiadczenie, ktorego zapomnialem wczoraj.
  2. Pani z Generali.pl, w srednim wieku, ktora upierala sie abym oddal jej oryginal, bo kopia nigdy nie wystarczy.
  3. Pani z Urzedu Stanu Cywilnego, ktora oswiadczyla mi, ze to co chce zalatwic, to musze sobie sam zalatwic przy pomocy listu, ale nie wie na jaki adres mam go wyslac, ani gdzie wplacic kwote, znala za to kwote, oraz nie dostrzegala ironii w fakcie, ze odpowiedz na moj list musi trafic do jej urzedu, bo ktos musi potwierdzic moja tozsamosc.

Pocieszajace jest, ze pani z Generali.pl nauczyla sie czegos dzisiaj. Zadzwonila do centrali w Warszawie i okazalo sie, ze jednak dadza sobie rade, z kopia poswiadczona na zgodnosc przez Pania Kierownik wroclawskiego oddzialu. Nauczyla sie tez, ze nie da sie wygrac z atakiem pt. Dobry Klient i Wsciekly Klient. Najwyrazniej nie znala klasycznego triku z prosze-mi-pokazac-ten-punkt-regulaminu.

Ja od niej nauczylem sie wyrozumialosci i cierpliwosci dla sfrustrowanych klientow oraz triku polegajacego na wzieciu numeru komorki od najmniej awanturujacej sie osoby.

Paniom z Urzedu Stanu Cywilnego, zapewne nic nie pomoze. Nawet to, ze maja w pokoju dwa komputery, internet, telefon i ksiazke telefoniczna. Ba, maja nawet fax i xero. Widocznie te wszystkie zabawki nie wystarcza aby sporzadzic kopie dokumentu znajdujacego sie w innym Urzedzie Stanu Cywilnego. Czytaliscie, ze gra Saper powoduje strate 50 mln dolarow rocznie?

Potencjal

Dzisiejsze dywagacje na temat faktoryzacji duzych liczb przy pomocy zjawiska fali stojacej, jakkolwiek naiwne, w jakis nieokreslony sposob doprowadzily mnie do nastepujacej konstrukcji windy:

winda zachowujaca potencjal

prosciej by bylo zakazac jezdzenia winda.
wozenie jedzenia winda znosi obowiazek diety.
to plagiat z 'Tajemniczej Wyspy' Verne

Jesli w budynku obowiazuje zakaz jedzenia, a schody uzywane sa tylko od wielkiego dzwonu [przeciwpozarowego], to mozna zorganizowac sobie na poddaszu magazyn pelen odwaznikow, ktore beda wsiadac i wysiadac dokladnie tak jak pasazerowie windy, tylko na opak. Dzieki temu potencjal calej konstrukcji nigdy sie nie zmienia i winda teoretycznie nie potrzebuje wykonywac zadnej pracy. Odwaznikiem moze byc np. piasek albo woda, aby elastycznie dopasowywac sie do masy podroznych.

Zawsze wierzylem, ze im jestem glupszy tym wiekszy mam potencjal. Ciekawe, czy to, ze Rzymianie uzywali cyfr rzymskich, sprzyjalo czy nie sprzyjalo rozwojowi matematyki. Z jednej strony ciezko cokolwiek policzyc, z drugiej strony promuje to abstrakcyjny sposob myslenia o problemach obliczeniowych. Duzo razy spotkalem sie juz ze skutkami ubocznymi tego, ze mamy 10 palcow. Ostatnio, ku memu zdziwieniu : w banku - Pani zaproponowala, zebym poszedl do kasy obok i doplacil 4 pln, aby kwota za ktora kupujemy udzialy byla okragla.

Przynajmniej przez ten jeden dzien, zanim nie opublikuja nowych notowan, odrzeklbym.

Life's a bad game, but gfx's cool

W informatyce, w dziale algorytmow on-line, studiuje sie podejmowanie decyzji w ciemno. Mialem ongis przyjemnosc glosic ntt do mlodziezy gimnazjalnej i lykali to jak mlode pelikany, bogdyz jest to moim zdaniem dziedzina najblizsza rzeczywistosci. Analizuje sie tam wszystko, od gry na gieldzie, poprzez wypozyczanie nart i kaset wideo, a skonczywszy na zatrudnianiu sekretarki.

Wyobrazcie sobie, ze chcecie zatrudnic najlepsza sekretarke, sposrod kilkudziesieciu, ktore czekaja w poczekalni na rozmowe. Wchodza one pojedynczo i oczekuja konkretnej odpowiedzi : albo ja zatrudniacie i koniec castingu, albo nie i wtedy ona ucieknie do konkurencji.

Zycie to sztuka wyboru, a matematyka czasem daje rade. Pierwsza polowe kandydatek splawiamy. Wyrabiamy sobie jednak w ten sposob opinie na temat rynku pracy i z drugiej polowy zatrudniamy pierwsza lepsza sekretarke - lepsza od najlepszej z pierwszej polowy. Co prawda ryzykujemy w ten sposob, ze nie zatrudnimy nikogo, ale jesli pierwsza, 'mniejsza polowa' stanowi 1/e wszystkich kandydatek, to mamy okolo 36% szans zatrudnic najlepsza sekretarke w poczekalni.

Pisze o tym, bo uswiadomilismy sobie dzisiaj z kumplami, ze srednia zycia to okolo 70 lat. Jedna eta z 70 to okolo 25. Zdaje sie, ze matka natura specjalnie tak to urzadzila, zeby wiekszosc par zenila sie w optymalnym momencie.

...tzn. gdyby nie to, ze dystrybucja napotykanych 'sekretarek' nie jest rownomierna w czasie...

Brzydki komplement

Po dluzszej konteplacji powyzszego tekstu, dochodze do wniosku, ze to byla zawoalowana[?] obraza mojej matki.

A tak przy okazji, kto jest za tym zeby w PZU wprowadzic protokol weryfikacji, polegajacy na tym, zeby w dowolnym momencie mozna zarzadac aby agent odkupil auto po cenie na jaka zostalo przez niego wycenione?

Bajka!

Dzisiaj przemyslenia zespolowe, eksternistyczne. Dodam, ze rozmowa zostala 'wykadrowana' tendencyjnie.

Wieksza polowa

Chcialbym zobaczyc wyniki badania rynku, w ktorym konsumentow pytaja ile ich zdaniem powinna kosztowac zawartosc 'nowego, porecznego, dwa razy mniejszego opakowania'. Moze w ten sposob ustalilibysmy w ilowymiarowej przestrzeni zyje wiekszosc z nas. Domyslam sie, ze wieksza polowa ankietowanych bylaby sklonna zaplacic polowe ceny.

Intryguje mnie tez, ile osob ma tyle wyczucia, by gdy prosze o nalanie mi polowy kieliszka o stozkowatym ksztalcie, faktycznie wiedziec ile trzeba nalac. Mieszkancy Delf chyba nie wiedzieli.

Hint: jak prosze o pol kieliszka, to nalezy mi nalac caly. Ewentualnie poszukac towarzyszki.

Wheel of reinventing

W informatyce jest sobie lemat o pompowaniu. Z grubsza chodzi w nim o to, ze jesli cos moze znajdowac sie tylko w jednym z kilku mozliwych stanow i obserwujemy to nieskonczenie dlugo, to jeden ze stanow bedzie pojawial sie nieskonczenie czesto. Co wiecej, jesli uklad ma tendencje do zmieniania stanu zawsze w ten sam sposob (np. po burzy sie przejasnia, albo jak sie ma dola do sie idzie do fryzjera) to wczesniej czy pozniej system sie zapetla i nie jest w stanie odroznic tego co bylo, od tego co jest i od tego co bedzie.

Pisze o tym, bo wychodzac z psem pomyslalem, ze jak wroce, to przetestuje program - w tym celu napisze sobie fajny modul i aby bylo latwiej otworze sobie edytor tekstu i przekopiuje ze starego co wazniejsze fragmenty. Zanim ubralem buty, uswiadomilem sobie, ze w moim pokoju, na ekranie komputera czeka juz otwarty ten wlasnie plik i ze wstalem od komputera, bo uswiadomilem sobie ze jest w nim blad i musialem pojsc sie zastanowic.

Nie, nie jestem przepracowany - wrecz przeciwnie. I wiem - liczba stanow w jakich moze znajdowac sie moj mozg nie jest skonczona, natomiast skonczona w czasie bedzie na pewno jego obserwacja (oby nie lekarska). Owszem - bylem swiadomy swego zapetlenia i wyrwalem sie z niego, bo wcale nie postepuje zawsze tak samo.

Tylko, ze w zasadzie to wcale nie wiem jak ja postepuje.

Mowi sie, ze mamy wolna wole i sami decydujemy o swoich myslach i czynach. Ale o czynach decydujemy myslac, a o myslach decydujemy...czy ktos z Was kiedys decydowal o myslach? Ile razy dziennie zdarza Wam sie wybierac pomiedzy paroma mozliwymi nastepnymi myslami? A jesli nawet sie zdarza, to kiedy podjeliscie decyzje, ze macie wlasnie ochote na taka zabawe? Nie bede zanudzac starym pytaniem o praprzyczyne.

Moze my postepujemy zawsze wedlug tych samych regul, tylko nieustannie zmieniaja sie sytuacja. Zmienia sie otoczenie i my sie zmieniamy. Nasza pamiec jest jednak ograniczona. Zauwazylem, ze czasem gdy nie moge zasnac w ciemnym pokoju, lub nudzi mnie monotonna podroz pociagiem, wtedy wlasnie najtrudniej mi sie uwolnic od wszelkiego rodzaju natretnie powracajacych mysli - roztrzasania na nowo nieudanych fragmentow dialogu, planowania setek wariantow , badz tez jednego optymalnego przyszlych dzialan. Bez zrodla entropii z zewnatrz, zdaje sie zapetlac.

Panowie z IBM mowili mi, ze te dzisiejsze superkomputery co zajmuja cale pietra, zra wiecej pradu niz choinka na rynku i wymagaja chlodzenia cieklym azotem, ledwo doganiaja predkosc mozgu jaszczurki. Mowia, ze nie daja juz rady liczyc szybciej i chlodniej. Dziwne. Jaszczurka ma mozg wielkosci mozgu jaszczurki, stalocieplna nie jest, ale raczej czacha jej nie dymi, a je dwie muszki dziennie.

Ciagle wydaje mi sie, ze informatyka narzucila nam - skadinad piekna - metodologie patrzenia i mierzenia informacji, ktora nijak sie nie ma do tego co naprawde sie dzieje w naszych glowach. Jaki sens ma mierzenie sprawnosci mozgu w petaflopach? Ile z Was kiedykolwiek przeprowadzilo chociaz jedna operacje zmiennopozycyjna? A poprawnie? A ile znacie komputerow, ktore dobrze obrocily zdjecia z wakacji - niebem do gory? Ponoc po dwoch tygodniach, zaden noworodek nie ma z tym problemow.

Starczy tej psychodelii. Z innej beczki - wymyslilem patent. Podlaczany pod USB przyrzad do przymierzania przez internet butow na alegro. Ponoc mozna sobie buty schodzic, lazac po sklepach z butami.

Mam nieodparte wrazenie, ze juz raz(?) o tym(?) wszystkim(?) pisalem(?).

Feeling blue

Zapewne nie tylko moj promotor, moj tato i ja zastanawialismy sie, czy widzac niebieskie niebo, wszyscy widzimy ten sam kolor. Wiekszosc z nas dochodzi szybko do wniosku, ze to pytanie jest moze i ciekawe, ale zupelnie nieweryfikowalne. Bo jak inaczej opisac to czego doswiadczamy, jesli wlasnie nie slowem 'niebieski'.

A jednak, konkursy szopenowskie odbywaja sie nadal, a na zakupach wciaz pytaja nas czy ten kolor nam pasuje. A zatem ufa sie, ze istnieje cos takiego jak gust oraz, ze da sie uzyskac jakies porozumienie co do wrazen. Ale moze to tez jest efekt tego samego problemu komunikacyjnego co powyzej. Moze nauczylismy sie nazywac pewne dzwieki 'pieknym wykonaniem Chopina', a pewne ubrania 'twarzowymi'. Nawet w Matrixie poruszono te kwestie - jedzac codziennie na sniadanie breje, wszyscy czuli, ze jedza breje i ze skoro cos wyglada jak breja, to pewnie smakuje jak breja, wiec zapewne jej smak nie jest fajny. Ale co jesli maszyny pokopaly wszystko i tak naprawde ta breja ma smak kurczaka? Czy smak kurczaka jest fajny obiektywnie, czy tylko dlatego, ze od dziecka sie z nim stykamy - a moze raczej wlasnie dlatego, ze sie nie stykamy, bo z reguly to co nam wciskaja za mlodu nam nie smakuje. ...Czy roza pachnialaby inaczej pod inna nazwa?

Chcialem jednak zwrocic uwage na sposob w jaki patrzymy na sam problem porownywania doswiadczen miedzy dwojgiem ludzi. Przeswiadczenie o nieweryfikowalnosci tego czy widzimy to samo czy nie, zdaje sie wynikac, z glebokiego przekonania w to, ze w mojej i Twojej glowie ktos siedzi - jakis kolejny maly czlowieczek, obserwator, ktory wyglada na swiat poprzez oczodoly i ...doswiadcza. Swiadomosc, dusza, cokolwiek. I nawet gdyby nasze oczy,siatkowki i nerwy przekazywaly te same bodzce, to ten malenki ludzik mialby swiete prawo tlumaczyc je sobie w swoj prywatny, wypracowany przez lata sposob.

Brzmi idiotycznie, co nie? Nie wiem czym jest swiadomosc, ale sa co najmniej dwie opcje. Albo jest jakas swieta dusza. Albo jest efektem ubocznym pracy mozgu. Ewidentnie mamy rozne mozgi i ewidentnie maja one wszelkie prawo po temu, aby przeksztalcac informacje w indywidualny, wyuczony sposob. Wierze jednak, ze gdyby jakims cudem dwie osoby naprawde odbieraly 'niebieski' tak samo, to powinno sie to dac poznac patrzac na sama aktywnosc mozgu. Poza tym, prawie na pewno postrzegamy barwy roznie, o czym najlatwiej sie przekonac, gdy ktos ma akurat jakas wade, np. daltonizm.

Ponoc Japonczycy maja to samo slowo na 'niebieski' i na 'zielony', czyli powiedzmy 'morski'. Dlugo myslano, ze to po prostu taka ciekawostka kulturowa, ale ostatnie eksperymenty wykazaly, ze oni naprawde nie widza roznicy miedzy tymi barwami. Dokladniej : ich oczy widza - nie maja zadnej wady wzroku. To ich mozgi, po latach treningu, a w zasadzie jego braku, przestaja odrozniac te barwy, skoro do niczego im to nie potrzebne.

Co innego byc facetem i nie znac znaczenia slowa 'amarantowy'. Co innego faktycznie nie widziec roznicy miedzy 'amarantowym' a 'golabkowym'. Jeszcze co innego miec wade wzroku uniemozliwiajaca w ogole percepcje tego typu niuansow.

Jesli jezyk, czyli sposob w jaki wyprowadzamy informacje z mozgu, ma tak silny wplyw na to, co naszemu mozgowi w ogole wydaje sie informacja, to zachecam do chwili refleksji nad czyms bardziej skomplikowanym niz kolory. Zauwazcie ile wysilku kosztowalo nawet najbardziej zdolnych poetow napisac cokolwiek z sensem na temat uczuc. A co jesli kazdy z nas czuje inaczej emocje o tych samych nazwach? Co jesli same nazwy, a konkretniej sposob w jaki tna sie ich zakresy znaczen, maja wplyw na to co i jak czujemy? Co tak na prawde mysli Polak mowiac 'kochac sie', a co mysli angol mowiac 'girl friend'?

Wielki post office

Kolejna opowiesc o Poczcie - tym razem z moralem. Moze zaczne od tego, ze po zmarlym najszybciej dziedziczy sie dlugi i wezwania do zaplaty. Nie nalezy sie przy tym szczegolnie dziwic, ze np. ta sama instytucja wyplaca rente posmiertna jedna reka oraz pobiera ubezpieczenie zdrowotne zmarlego za ledwo rozpoczety miesiac w calosci - druga. Informatyzacja kraju, bowiem sluzy nie do tego, aby uproscic formalnosci (zgadnijcie ile razy musialem podawac nieswoj NIP,REGON i PESEL, ktorych praktycznie i teoretycznie mam prawo nie znac?), ale do tego, aby programy komputerowe, (np. Pani na poczcie), wymagaly jeszcze wiecej informacji. I tak - przykladowo - nie moge zaplacic za ubezpieczenie zdrowotne FUZ przez internet, bo wymaga to specjalnej procedury na Poczcie. Polega ona, na wymaganiu ode mnie, zebym znal nie tylko NIP, ktory widnieje na wezwaniu do zaplaty, ale rowniez jakis 'Nr Deklaracji' (podejrzewajac, ze lezacy w spiaczce nie zlozyl zadnej deklaracji, postanowilem wpisac losowy numer: 01), oraz cokolwiek z listy : PESEL, REGON, dowod, lub paszport. Rozumiem, ze to dla pewnosci, ze wplacajacy nie zrobil literowki w NIPie. Pewnie nikt nie slyszal o kodach korekcyjnych. Albo np. o mozliwosci sprawdzenia czy NIP zgadza sie z wpisanym nazwiskiem platnika. Pewnie: lepiej wymagac, bym pamietal co bylo na dowodzie osobistym, ktory nalezalo oddac jako juz niewazny, albo jaki numer REGON miala (nie moja) firma zlikwidowana (przeze mnie) pare miesiecy temu. Tego typu zabezpieczenia na pewno uchronia zmarlego platnika, przed nieszczesciem jakim byloby oplacenie za niego skladki przez osobe niepowolana. Ale chwila : przeciez na druczku wyraznie jest rubryka pozwalajaca na podanie innej osoby wplacajacej niz osoba, za ktora sie placi - wiec po co to? Dowiedzialem sie rowniez, ze program nie przyjmie losowej kombinacji 9 cyfr jako REGONU, ale ze pani nie moze pobrac informacji o tym jaki to powinien byc REGON, oraz ze ta informacja jest tajna. (Dla mnie? To jak mam zaplacic?). Dodam, ze Pani w GUSie informacje te - gdy wyrejestrowywalem nieswoja firme - udostepnila mi nie sprawdzajac nawet mojej tozsamosci.

Ale nie o tym chcialem. Stojac w kolejce do kasy (oczywiscie czynnych kas bylo tylko 50% (oczywiscie te same kasy sprzedaja pojedyncze znaczki i przyjmuja przelewy(oczywiscie nie ma krzesel dla ludzi starszych))), chcialem wypelnic druczek. Niestety w calym przybytku nie bylo ani jednego dlugopisu (pomijajac prywatne i chyba sluzbowe). Rzecz jasna, bedac mlodym i gniewnym, wyskoczylem na moment do kiosku obok i kupilem 7 slicznych dlugopisow, za oszalamiajaca kwote rowna prowizji za moje wlasne tylko przelewy z tego tylko dnia pobrane w tej wlasnie instytucji. Obdarowalem wszystkie 5 stanowisk oraz dwa stoliki ku uciesze babc z kolejki.

A teraz moral, dla tych wszystkich co naiwnie mysleli, ze problem polega na tym, iz Poczta Polska, jest polska. Zanim odstalem kolejke po raz drugi, jakis Polak, zdazyl juz podpierdolic jeden dlugopis.

Wyjasnie moze jeszcze, ze za FUZ trzeba placic z gory za caly miesiac, nawet jesli firma istniala tylko przez 3 dni tego miesiaca. Praktycznie zamykajac firme mozna podac date jej zamkniecia z dowolnoscia do 14 dni, niestety jesli zamyka sie firme osoby zmarlej, to jedyna mozliwosc, to podac date zgonu. Moznaby bylo podac inna date jesli jakims cudem uzyskaloby sie papiery na to, ze bylo sie pelnomocnikiem zmarlego. Do tego jednak trzeba formalnosci, ktore wypadaloby zaczac planowac zanim sie popadnie w spiaczke.

Zastrzegam tez sobie prawo do mylenia sie we wszystkich wspomnianych sprawach, jako ze wiedze swoja wyrabiam sobie pytajac zawsze co najmniej dwoch pan z sasiednich okienek i biorac czesc wspolna ich wersji. Jako, ze one wtedy rowniez musza sie spytac swoich 'niesasiednich' kolezanek szansa, ze z tego czteroosobowego belkotu zrodzi sie akurat Prawda jest minimalna.

Ucz_sie_informatyki() or die()

Dzis znow eksternistycznie. Mam nadzieje, ze wybaczycie poziom tego materialu, ale adresowany jest do zdolnych gimnazjalistow i aroganckich licealistow, wiec ... tak wyszlo. Mial byc spontan, wiec postaram sie nie brac tego ze soba;)

Proste punkty

Ostatnio wiekszosc moich przemyslen dotyczy magisterki, badz z innego powodu nie nadaje sie do publikacji.

Z pozostalych - prostych - obserwacji:

I can't get no satisfaction

...Mysle do teraz i nie moge wymyslic. Jedyna sytuacja jaka mi przychodzi do glowy, to taka, w ktorej przez tydzien pracuje nad rozwiazaniem jakiegos problemu, a potem pierwsza osoba, ktorej o nim opowiadam, stwierdza, ze mam przekomplikowany model, przez co rozumowanie bylo niepotrzebnie pokretne i moglem znalezc na google prace z 1960 roku, w ktorej juz to rozwiazano w trzech linijkach.

Tylko, ze ja mialem tak pare razy - i owszem, odbiera to caly fun, ale satysfakcje tylko zwieksza - to naprawde mile dolaczyc do prekursorow informatyki.

Cien Boxera

Jak wiekszosci zdrowych chlopcow, moje przemyslenia tej wiosny, kraza od czasu do czasu, wokol ... Starcrafta2.

Konkretnie mam taka wesola wizje, w ktorej Blizzard zatrudnia Boxera, czy innego koreanskiego wymiatacza, aby pomogl im zbalansowac rasy. A on przebiegle wprowadza ich w blad, aby pozniej wygrywac wieksza kase - ot, taka dluzszofalowa strategia.

Z reszta pomysl, strategii wsrod strategii, mozna ciagnac dalej i szerzej. Np. konkurencja pomiedzy SC,SC2 i WoW o zasoby ludzkie. Albo, ile powinna kosztowac gra, czy abonament, aby zachecic w ogole do kupna, a ile aby zachecic do gry, i co sie bardziej oplaca, jesli zarabia sie np. na podkoszulkach. Albo, czy w ogole jest sens rownowazyc rasy? Czy nie korzystniej jest od czasu do czasu po prostu zmieniac strone, w ktora jest imbalans?

Daleko idace niekonsekwencje

Oczywiscie, hipokryzji jest wiecej w naszym kraju, ktory skadinad kocham, ale podziele sie tymi trzema dosc bolesnymi (18 000 pln) odkryciami z Urzedu Skarbowego

Jak zwykle zastrzegam, ze niczego z powyzszego pewny na 100% nie jestem, ale ustalilem to na drodze rozmowy z trzema urzednikami U.S, w tym kierownika, i wszyscy mowili to samo (sprzecznosci nie wynikaja z niezgodnosci ich zeznan - one sa zawarte w nich samych!).

Wolalbym uniknac na tej stronie polityki, bo sie na niej nie znam. Wypowiem sie jednak na temat dwoch bawiacych mnie idiotyzmow:

I jeszcze daweczka (babcia zmiescila obie wypowiedzi w obrebie 2 minut) rodzinnej hipokryzji:

Peer review

Mam wrazenie, ze jedna osoba to za malo, aby wymyslic cos z sensem. Przynajmniej jesli chodzi o moje pomysly,wymysly i wytwory, to prawie zawsze, pierwsza osoba, z ktora je skonfrontuje rozwija pomysl, badz wykazuje jego totalna glupote, w ciagu paru sekund. Osiagniecie takiego samego postepu samemu, wymagaloby paru godzin, o ile w ogole udaloby mi sie przymusic do krytycznego spojrzenia.

Ewidentnie naleze do grupy ludzi, ktora kombinuje dla samego kombinowania, wmawiajac sobie, ze to co robi moze sie do czegos przydac. Nie dostrzegam przy tym, jak nieracjonalne jest to, co gdy patrze z bliska wydaje mi sie perfekcyjnie logiczne w kazdym detalu.

Przykladowo, pomysl podgrzewaczy do rak dla rowerzystow wydal mi sie co prawda dziwny, a podczas lektury mialem wrecz wrazenie, ze ktos tu na nowo wynajduje krwioobieg, to jednak jakos mi umknelo tak proste rozwiazanie jak ... rekawiczki.

kreatywni czasem dostaja Nobla

Jestem tez jednym z tych, ktorzy zapytani o to jak wyznaczyc wage Boeinga, ochoczo przystapiliby do projektowania wagi hydraulicznej.

Podejrzewam, ze jest miejsce dla takich komplikujacych sobie zycie jak ja. Ono sie chyba nazywa uczelnia.

Mozna tez jezdzic sobie na konferencje:

Troche sie poczulem jak na tym obrazku.

Z wlasnych (cenzuralnych) przemyslen na ten tydzien : skoro spamerzy i wydawcy banerow, licza sie z tym, ze klika moze jedna osoba na tysiac i im to sie opyla, to o ilez bardziej musi sie opylac, czytanie cudzych e-maili i wysylanie im dopasowanych reklam. I nie trzeba tego robic nachalnie - aby sie nikt nie polapal wystarczy, że tylko jedna na 20 reklam byla spersonalizowana, to i tak da 50 razy lepszy efekt.

Koniec postepu

Do tej pory domniemywalem, ze postep jest niejako z definicji nieunikniony. Bo przeciez postep, czyli poprawa, a przynajmniej zmiana, ktora lokalnie wydaje sie korzystna, musi sie dokonywac, jak dlugo beda ludzie chcacy miec wiecej, moc wiecej, wysilac sie mniej, itd. I nawet jesli takich ludzi jest malo, albo malo jest ludzi, ktorzy maja po temu mozliwosci -- to darwinowsko-wolnorynkowy mechanizm promocji takich aktywnych jednostek, da im wystarczajaca sile przebicia, aby zmienic rzeczywistosc. Wiec choc nie oczekuje, ze wiedza przecietnej osoby o fizyce termojadrowej, leczeniu raka, czy przyspieszaniu procesorow bedzie rosla z czasem, to zakladalem zawsze, ze gdzies tam w laboratoriach siedzi tych kilku fanatykow, a nad nimi tych kilku bilionerow i jakos to wszystko pchaja do przodu.

Lecz uswiadomilem sobie niedawno, ze czynilem jedno watpliwe zalozenie -- ze bedzie ta garstka fanatykow, ze beda ludzie na tyle dalekowzroczni, by poswiecic duzo czasu, zdrowia i funduszy, by zyskac potrzebna wiedze i umiejetnosci; ze beda oni widzieli zwiazek miedzy inwestowaniem w siebie za mlodu, a odcinaniem kuponow na starosc. Ze beda to mlodzi ludzie ... ze beda to dzieci, rozumujace jak dorosli.

Tymczasem, jak uswiadomil mi dobitnie Dzien Swira, wiekszosc kluczowych decyzji podejmujemy bedac mlodymi i glupimi. Male dziecko nie ma aspiracji -- owszem chce byc astronauta, ale ja np. chcialem byc smieciarzem. Rownie dobrze bawi sie w sklep jak i jedzac bloto. Dzieci posyla sie jednak do szkoly, indoktrynuje, mowi co jest wazne, co jest potrzebne itd. i pomijajac konflikt pokolen, a moze wlasnie dzieki niemu, jakos to sie krecilo. Zaczely sie jednak pojawiac pierwsze symptomy, protesty typu "a po co mi tabliczka mnozenia, skoro mam kalkulator". Niby sluszne, no bo po co. "Bo jak bedzie awaria pradu, albo rozladuje Ci sie bateria, to bla bla" juz nikogo w dzisiejszych czasach nie przekona, bo gdy jest awaria pradu, to sa powazniejsze problemy niz mnozenie w zakresie 100. Wiec ustepujemy. Potem nastepne, "po co mi wiedziec co to kalkulator, skoro mam wikipedie". "Po co mi wiedziec, gdzie jest wikipedia, skoro mam google". No i w sumie slusznie, bo w dzisiejszych realiach wazniejsze jest by nauczyc czlowieka korzystac z pamieci zewnetrznej, niz pompowac mu glowe faktami, ktore i tak sie zmieniaja co miesiac.

Oczywiscie koloryzuje, ale chcialem zwrocic uwage na pewien wazny aspekt: satysfakcja. Jaka satysfakcje ma w dzisiejszych czasach Jasiu, z tego ze w odroznieniu od Stasia, zna wzor na przeciwprostokatna, albo sacharoze? Czy to, ze Stasiu, aby odpowiedziec na tego typu pytanie potrzebuje kliknac o jeden raz wiecej, to powod do wstydu dla Stasia? Czy Jasiu jest w stanie w ogole pochwalic sie swoja wiedza bez uzycia komputera, skoro i tak gada ze Stasiem przez gg, a zadanie domowe oddaje w formie cyfrowej? Czy mozna komus zaimponowac wiedza przez internet, jesli rozmowca w drugim okienku z encyklopedia moze uzyskac odpowiedz szybciej niz od nas? Skoro i tak Jasiu uzywa komputera jak kazde normalne dziecko w jego wieku, to po co mialby rozwiazywac zadania na kartce czy w pamieci? A zatem jak zmotywowac Jasia, jak zawstydzic Stasia? I czy w ogole wypada nam zawstydzac Stasia, skoro my -- dorosli, postepujemy z wygody tak jak on?

I jeszcze jeden, moim zdaniem przerazajacy aspekt: The Total Perspective Vortex. To takie narzedzie tortur, a w zasadzie egzekucji, pochodzace z Autostopem Przez Galaktyke. Polega na tym, ze delikwent zostaje zmuszony do refleksyjnego ujrzenia siebie na tle Wszechswiata. Z reguly peka mu wtedy serce, bo nie moze zniesc swojej mizernosci i marginalnosci. Tyle sie mowi o tym, ze ulatwiony dostep do wiedzy to najwieksze dobrodziejstwo internetu. A przynajmniej kazde dziecko tak mowi rodzicom. Co jednak poczuje genialny Jasiu, ktory sam odkryje w koncu wzory skroconego mnozenia, gdy dowie sie z internetu, ze liznal zaledwie kraweznika przy chodniku pod schodami do wiezowca pod tytulem Algebra. Czy zmotywuje go to do samorozwoju? Czy podejmie rzucona mu w twarz stutonowa rekawice, czy raczej uzna, ze jak bedzie tego potrzebowal, to zna linka.

Zawsze zakladalem, ze nie jest mozliwe, by przy kilkumiliardowej populacji nagle, spontanicznie wszyscy ludzie zdurnieli do reszty, bo zawsze presja srodowiska pomoze na nowo rozprzestrzenic sie tym ktorzy nie zglupieli. Ale zawsze myslalem tak naprawde o doroslych, o ludziach, ktorzy umieja wiazac ze soba fakty. O ludziach, ktorzy idac do pracy na cale godziny, zostawiaja w domach dzieci sam na sam ze swoja glupota.

Mam wrazenie, ze mozliwym scenariuszem jest wyksztalcenie sie takiej stabilnej sytuacji, w ktorej wszyscy sa szczesliwi i nie beda widzieli najmniejszego sensu w staraniu sie bardziej. I mowiac "szczesliwi", mam naprawde na mysli szczesliwi, a nie oglupieni, czy -- w narkotycznym transie. I mowiac "najmniejszego sensu", mam na mysli, ze zaden poniesiony lokalnie wysilek nie bedzie dawal zadnych wymiernych efektow. Pozostaje mi tylko wierzyc, ze nauka stanie sie sztuka, a na swiecie pozostanie paru artystow, pamietajacych o eleganckiej technologii z bardziej cywilizowanych czasow.

Od tylu

Wiekszosc gier powiela schemat 'od zera do bulionera', w ktorym gracz zaczyna jako zebrak / cienias / posiadacz lomu / zlomu i stopniowo rozwija swoja postac, pokonujac co raz trudniejsze przeciwnosci losu / wrogow / zagadki. Ukryte przeslanie, brzmi : wystarczy chciec, wziac los w swoje rece, zainwestowac w samorozwoj, aby osiagnac zloto, uratowac swiat i zdobyc krolewne. Rodzi sie pytanie - skoro w niecaly miesiac mozna zostac herosem postapokaliptycznego swiata, a w niecala dobe spowodowac miedzygalaktyczna rewolte, to czemu spotykani wirtualni statysci smetnie chodza w kolko i jedza nadpsute jablka?

Na pewno po czesci chodzi o podbudowanie samooceny grajacego - gra, w ktorej mozna wiecej niz w zyciu, wiecej nawet niz inni bohaterowie, daje sporo radosci... do czasu. Jest tu bowiem pewien dramat osamotnienia. Byc nadczlowiekiem z antygrawitacyjna giwera, czy niewidzialna zbroja i bukietem zaklec, jest nieco nudno. W niektorych grach, az trudno sobie wyobrazic co nasze alter ego mogloby robic innego w zyciu niz mordowac i gonic Zlego. Wraz ze smiercia ostatniego bossa, znika sens wirtualnego zycia. Co bardziej refleksyjny bohater, dostrzeze jego brak nawet wczesniej. Skoro np. wszyscy mieszkancy City 17 rozpoznaja w nas wybawce ucisnionych, to czemu nadzorca tegoz miasta nie uwaza za stosowne zrzucic na nas jakas mala atomoweczke juz na starcie, tylko droczy sie wysylajac niewyszkolone jednostki. Czy jedynym celem tych patroli jest wytrenowac naszego bohatera w walce, dostarczyc mu broni i nakierowac na centrum dowodzenia? Gdybym ja byl Podlym i Zlym, to nauczony przykrym doswiadczeniem innych Podlych i Zlych ze swiata gier, absolutnie zrezygnowalbym z patroli. Najsilniejsze jednostki dalbym na granicy mojego imperium, a w glownej twierdzy nie dawalbym juz zadnych, bo to nigdy nie pomaga.

Wiem, wiem, pewnie zastanawiacie sie, czy jestem az tak naiwny, aby szukac sensu w grach.. Otoz kiedy szukam rozrywki, to brak sensu mi nie przeszkadza, ale czasem autorzy gry obiecuja niepowtarzalny klimat. Tak bylo w przypadku Wiedzmina, w ktorego wlasnie zaczalem grac. Gra fajna, ale sklonila mnie do refleksji, bo wydalo mi sie dziwne, ze glownym bohaterem jest ... glowny bohater. No bo jak to niby mozna zaczac gre od bycia mitycznym, walecznym, przeslawnym Wiedzminem? Tworcom gry to jakos nie przeszkadzalo i co rusz jakis pomniejszy bohaterzyna sugeruje naszemu Geraltowi jak poslugiwac sie czarami, albo zrobic najprostszy eliksir. Powoduje to u mnie zazenowanie - zupelnie jak na zajeciach ze Zlozonosci Obliczeniowej 2+3/4, gdy trzeba mi tlumaczyc na nowo cos, o czym uczylem sie nie dalej jak pol roku temu. Ale nie o tym chcialem.

Zdaje sobie sprawe, ze urzadzajac gre w taki a nie inny sposob, tak naprawde nie chodzi o zadna psychologie czy logike fabuly, tylko o to, aby umozliwic graczowi nacieszenie sie kazda mozliwa bronia, zapoznaniem sie z wszystkimi rodzajami paskud i ogolnie docenieniem urokow gry, zanim ta mu sie znudzi. W dobrze zbalansowanej grze o odpowiednim 'learning curve' gracz caly czas powinien miec wrazenie, ze nie jest za latwo i jest sens grac dalej uczac sie nowych bajerow.

Tylko, ze w wielu grach to nie gracz sie uczy nowych umiejetnosci, tylko jego postac. W wielu bijatykach i zrecznosciowkach, faktycznie gra wymaga co raz wiecej sprawnosci od samego grajacego, ale w grach 'fabularnych', czesto gra caly czas sprowadza sie do klikania myszka i ktore wyrzadza co raz wieksze ka-bum, dzieki co raz wypasniejszym miotaczom. Dlatego podobala mi sie Abe Oddysey, gdzie postac umiala wszystko juz od samego poczatku, ale gracz poznawal skroty klawiaturowe stopniowo w trakcie gry.

A mi sie ostatnio zamarzylo w wannie cos, czego w zadnej grze jeszcze nie widzialem, choc jest prawie pewne, ze ktos juz kiedys na to wpadl, tylko nie mialem radosci w to zagrac. Gra, w ktorej zaczynamy w samym srodku wrogiej fortecy, majac do dyspozycji caly arsenal (byc moze zdobywajac go na jednym z tych wypasionych bossow, a moze zaczynamy jako zdrajca). Rozgrywka stopniowo komplikuje sie, gdy nasz bohater uciekajac ku obrzezom wrogiego terytorium, ma co raz wieksze problemy ze znalezieniem amunicji do swojego hiperduper dziala, spotyka co raz biedniejszych kupcow, ma co raz mniej mozliwosci zdobycia XPow, itd. Tymsamym, gra zaczyna co raz wiecej wymagac od samego gracza, ktory co raz wydajniej musialby rozporzadzac swymi zasobami, co raz celniej uderzac lomem, co raz skromniej sie ubierac by nie zostac ukamieniowanym przez wiesniakow, itp. Piekny regres naszego alter ego, przy jednoczesnym rozkwicie skillsow samego grajacego. Przetransferowac caly splendor z wirtualnego bohatera na swoja rzeczywista osobe -- taka gra to by dopiero podbudowywala samoocene!

Incredible Guyver

Moze pod wplywem Superniani kontra ADHD, a moze dzieki przedswiatecznej aurze centrow handlowych, wpadlem na pomysl na prezent dla dzieci. W zasadzie to na nieskonczenie wiele takich pomyslow jednoczesnie. Moznaby mianowicie sprzedawac pieknie opakowane pudelka, z napisem Zestaw Mc Guyvera, puste. Po zakupie takiego prezentu, rodzic wypelnia jego wnetrze roznego rodzaju szpargalami - nie wolno tylko zapomniec o obowiazkowej tasmie aluminiowej. Mozna w ten sposob oczyscic strych, podloge, czy stragan na Swiebodzkim uszczesliwiajac jednoczesnie malego cfaniaczka markowym prezentem dla kreatywnych inaczej.

Koszmary

Miewam bardzo sprytne sny. Przynajmniej te, ktore pamietam, zawsze maja w sobie cos oprocz porabanej fabuly - jak dobry film intrygujacy watek, ale i niestandardowa forme podawcza. Osobiscie wierze, ze w snach probuje sie ze mna skontaktowac moja podswiadomosc. Zawsze, gdy mam podejrzenie, ze sen zawieral przeslanie, zamiast siegac do sennika, zadaje sobie szybko pytanie o pierwsze skojarzenie jakie przyjdzie mi do glowy, gdy mysle o danym symbolu. I jakkolwiek moge sie mylic co do zalozenia, ze sny usiluja mi cos powiedziec, o tyle wnioski do jakich dochodze juz na jawie analizujac pierwsze skojarzenia, na pewno sporo mi o sobie mowia.

Sny to swego rodzaju pulapka. Jesli trafi nam sie jeden z tego rodzaju, w ktorym nie mamy sie dowiedziec, ze nim jest, to sie nie dowiemy i sztuczny swiat choc nielogiczny, ulomny i ograniczony, poznawac bedziemy w sposob doskonale nielogiczny, ulomny i ograniczony, tak by nigdy nie odkryc jego nielogicznosci, ulomnosci i ograniczenia. Fajnie byloby moc wywolac taki efekt u widzow w kinie, czy graczy komputerowych - moznaby oszczedzic na efektach i procesorze. Ogladaliscie Matrixa, Vanilla Sky, Szosty Zmysl, Memento, Sekretne Okno. Byc moze czytaliscie Perfekcyjna Niedoskonalosc, albo Lema. Pewnie juz sie domyslacie czego sie boje. Nie, nie mam paranoi. Nie watpie w prawdziwosc otaczajacego mnie swiata. Musze w nia wierzyc -- to jedyna sluszna strategia, pozwalajaca zachowac zdrowy umysl. Wszystkie niewygodne pytania, a jest ich przeciez duzo, na co dzien zostawiam bez odpowiedzi, bo wiem, ze nic madrzejszego niz 42 nie wymysle. Wyparcie. Pomysle o tym w niedziele. Albo za tydzien. Albo w ogole po co myslec, przeciez wiem co robic w zyciu i bez tego.

Za dnia potrafie sie odgrodzic od tych tematow. Nauczyly sie mnie dopadac we snie. Mialem ostatnio koszmar, podobny w swej perwersji do The Total Perspective Vortex. Bylem w nim tylko ja, pustka, lustro i ja w nim. I nieskonczenie duzo czasu. Swiadomosc, ze nie opuszcze tego niebytu dopoki nie porozmawiam z moim odbiciem. Szczerze, nie na odwal sie. Na powazne tematy. Moge przybierac cyniczne pozy, zbywac to zartami, odkladac na pozniej - ale on bedzie tam czekal i bedzie swym wykrzywionym odbiciem obnazal przede mna moja wlasna hipokryzje. W lustrze mam powiekszony nos - sniac nie zrozumialem tego, ale po obudzeniu nawiazanie do Pinokia bylo oczywiste. Dialog odbywa sie nie do konca werbalnie - usta nie poruszaja sie, to raczej gonitwa mysli kogos kto patrzy rano na siebie przy goleniu, niz rozdwojenie jazni. Nie umiem przytoczyc dokladnie pytan ani odpowiedzi, nie mniej moja wersja Opowiesci Wigilijnej szla jakos tak:

I cale szczescie, ze w tym miejscu sie obudzilem, bo nie wiem jaka jest odpowiedz i jaki jest sens. Szczerze mowiac, zupelnie mi to zwisa, teraz gdy jestem przytomny. Koszmarnosc tego koszmaru polegala wlasnie na tym, ze bedac w nim, nie mialem kontroli nad priorytetowaniem moich mysli. Cala swoja jaznia bylem skupiony na tym jednym jedynym zagadnieniu - na pustce z jaka graniczy ostro moje krociutkie zycie.

Umiejetnosc okrajania wlasnej percepcji i tworzenia dziwnych swiatow we snie, to efektowny bajer. Mozliwosc ucieczki od niewygodnego tematu i kontrolowanego przyciecia prawdziwego swiata do rozmiarow, ktore jestesmy w stanie przelknac, to olbrzymi dar jaki dostalismy w pakiecie oprogramowania naszego przerosnietego, zadajacego za trudne pytania mozgu. Oby ta czesc softwareu nigdy nie nawalila mi za dnia. Ignorance is bliss.

Cos Wam powiem jesli chodzi o sens zycia -- nie szukajcie go na cudzych blogach, to raz. A dwa, w ogole go nie szukajcie. Nadajcie go zyciu sami. Bo ono samo z siebie go nie ma. Bedzie go mialo akurat tyle ile Wam uda sie go w nie wlozyc. Sami uporzadkujcie ten chaos, ktory Was otacza. Wprowadzcie wlasne, dobre reguly. Ocencie przed snem swoje wlasne dokonania, uzywajac Waszej wlasnej skali. Traktujcie swiat poblazliwie jak kretyna. Wyruszcie w misje, w czelusc tego bajzlu, traktujac siebie samych jako punkt odniesienia, jako ostoje sensu i rozsadku. Nie namawiam do anarchii, pluralizmu ani anarchii -- po prostu przestancie liczyc na to, ze wszechswiat Wam powie co macie robic, bo jest starszy.

Jako, ze poprzedni akapit byl tak patetyczny, ze az prawie go skasowalem, to posune sie jeszcze o krok dalej i dam Wam linka do kawalka kradzionej ksiazki. Google: Śpiew Ptaka "Zatruta Strzała". Kiedys sie przy tym opowiadaniu usmiech wycisnal mi lzy.

Trze Ci ego wy miaru

Bylem w kinie na trojwymiarowym filmie. W zaleznosci od tego czy sie siedzi tam gdzie chcial kamerzysta, oczy bola od zezowania mniej lub bardziej. Co ciekawe po godzinie ogladania efekt wydaje sie co raz mniej efektowny. Podejrzewam, ze dorastanie z plaskim telewizorem uczy mozg domyslac sie wiecej niz mu sie pokazuje, przez co nie robi mu az takiej roznicy czy obraz jest 3D czy nie, zwlaszcza gdy sie porusza.

Pamietam, ze bedac malym chlopcem, zawitalem do nadmorskiego salonu gier, gdzie mieli helm VR i mozna bylo pograc w Hexen. Moj kolega z parteru mial gierke elektroniczna w formie lornetki, z dwoma wyswietlaczami LCD, dzieki czemu mozna bylo odbyc trojwymiarowa bitwe z rekinami. To bylo jakies 15 lat temu.

Pamietam, ze nVidia wypuscila chyba 6 lat temu za 450 pln okulary synchronizujace sie z dowolnym ekranem, przepuszcajac na przemian klatki dla lewego i prawego oka. Juz w DirectX 8 bylo wsparcie dla programistow gier, aby kazda gra mogla byc automatycznie zamieniona w wersje 3D.

Czy mam rozumiec, ze jest cos o czym sie nam nie mowi? Czyzby okazalo sie to szkodliwe dla mozgu? A moze dla telewizji badz innego przemyslu? No, bo co innego powstrzymalo nas przed zalewem rozrywek 3D? Na oko wyglada to na niesamowity biznes.

Tymczasem wymyslilem, taki prosty bajer, ktory pewnie moznaby wyprodukowac za 30groszy sztuka, z kawalka chromowanej blaszki, czy innego lusterka:

Rozszczepianie obrazu.

Przykladamy cos takiego przed obiektyw naszego ulubionego aparatu cyfrowego (byle takiego z malym obiektywem), uzyskujac na jednej 'kliszy' dwie fotki. Do tego programik za darmo z sieci i mamy trojwymiarowa pamiatke.

Sprawa troche przycichla, wiec pozwole sobie wreszcie powiedziec, co o niej sadze i mam nadzieje, ze nikt sie nie poczuje urazony. Chodzi o katastrofe samolotu, ktorym lecieli nasi najzdolniejsi piloci, z konferencji nt. bezpieczenstwa lotow.

Uwazam, ze to kompromitacja naszego wojska. Byc moze naczytalem sie za duzo o 'dzieciakach ze szkoly bojowej', ale co to za pomysl, aby pakowac wszystkie jajka do jednego koszyka? Czy na tej konferencji nie mowiono miedzy innymi o tym?

Jesli zas chodzi o same przyczyny tego wypadku, to podejrzewam, ze to nie byl wypadek. Byc moze naogladalem sie za duzo filmow o cynicznych koncernach i kartelach, ale cos czuje, ze byc moze ktos chcial dobitnie zwrocic uwage na pewne zagadnienia omawiane na tej konferencji, a tym samym zwiekszyc zainteresowanie swoim produktem.

Przyszedl mi tez do glowy pomysl, ze byc moze to taka konspiracyjna maskarada, w stylu 'jak szybko przydzielic naszych najlepszych pilotow do super tajnej misji'.

Chyba w ogole za duzo we mnie telewizyjnych pomyslow, skoro slyszac, ze amerykanie chca zestrzelic spadajacego satelite pomyslalem najpierw: 'jakto spadajacy...przeciez to nie tak latwo spasc jak sie juz raz bylo na orbicie', a potem 'czy oni aby nie szukaja pretekstu, zeby wystrzelic rakiete?'. Troche byloby glupio w ten sposob zaczynac III Wojne Swiatowa.

I tak sobie pomyslalem, ze moze faktycznie telewizja wychowuje. Pewnie jeszcze bardziej internet. Co my tak naprawde wiemy o zyciu, o wojnie. Tyle co sie nasluchalismy dziadkow i babc, tyle co naogladalismy sie w tv i tyle co naczytalismy sie z ksiazek. Niby ktore z powyzszych zrodel mialobybyc obiektwyne? Czasem przerazenie ogarnia mnie np. na mysl, ze taki Niemiec czy Rosjanin, tez na pewno jest dumny ze swej historii i tez pewnie zyje w przekonaniu, ze jego zolnieze od pradawnych czasow byli niepokalanymi obroncami powiewajacej flagi.

Dzisiaj amerykanie kogos ostrzelali przez przypadek. Ci sami amerykanie twierdza, ze umieja wcelowac rakieta w konkretna osobe. Nie powiem, zebym sie ich bal, ale jakos mnie strasznie irytuja, z tymi swoimi reklamowkami wojska w tv, darmowymi strzelankami, xboxami na pokladach czolgow itd.

albo 'darmowe numery' i polaczyc sie niczym modemem z komputerem w domu

Z innej beczki. Moznaby napisac stronke w php, co by brala urla typu http://sms.prv.pl/888777666/czesc i przekierowywala to na jedna z darmowych bramek. Moze wreszcie do kogos dotrze ze 20gr za 120bajtow to troche duzo, zwlaszcza gdy oferuje sie 5MB GPRS za 5pln.

Odpowiedzialnosc

Ostatnia afera z dekonspiracja agentow Sluzb Kontrwywiadu Wojskowego, utwierdza mnie w wyrazonym wczesniej przekonaniu, ze z Wojskiem Polskim jest cos nie tak.

Jest zle, jesli pakuje sie pilotow do jednego samolotu. Jest gorzej, jesli sie potem pakuje prezydenta i premiera do tego samolotu (chociaz jeszcze rok temu...). Jest fatalnie, jesli sie publikuje prawdziwe, powiazane ze soba dane osobowe w internecie. Jest jeszcze gorzej, jesli sie nie daje agentom kontrwywiadu przykrywki i kaze brac kredyt w banku na podstawie zaswiadczenia o pracy w Kontrwywiadzie. Jest potwornie, jesli gazecie wyborczej udaje sie ustalic, kto jest agentem kontrwywiadu, mimo, ze nie bylo to explicite napisane pod zadnym zdjeciem ani w zadnym profilu na naszej-klasie. Jest jeszcze gorzej, jesli nikt z powyzszym nic nie robi, bo nie ma na to aparatu prawnego. Jest mega-zle, jesli panuje opinia, ze uzywanie przykrywki typu "Jednostka wojskowa nr 3362", zamiast slow "Kontrwywiad" jest bezpiecznym rozwiazaniem. Jest mega-potwornie-zle, jesli te lipna, ale jednak przykrywke, gazeta wyborcza rowniez rozpracowala i opublikowala ow numer jednostki na swoich stronach. Jest smutne, ze gazeta publikuje cykl artykulow, w ktorych zwraca niepotrzebnie uwage ludzi na calym swiecie na te niedopatrzenia, cynicznie piszac w tym samym artykule, ze takie informacje moga kosztowac zycie niewinnych czlonkow rodzin.

Gazeta wcale nie czyni dobrze. A myslalem, ze przygoda z publikowaniem faszystowskich zdjec syna kogos-tam juz ich nauczyla. Ale nie. Haker, ktory sie wlamuje na serwer banku po to by uruchomic na nim latke naprawiajaca dziure przez, ktora sie wlamal jest w moim rankingu etycznym niedoscignionym wzorem dla tego brukowca. Gazeta natomiast wyciaga jakies brudy nie po to by cos naprawic, ale po to by zwiekszyc naklad. Mam jednak cicha nadzieje, ze imiona zolnierzy w artykule, oraz numer jednostki wojskowej zostaly zmienione, bo jak nie, to cyniczne teksty w stylu "przeciez nie ujawnilismy ich nazwisk" w dobie wyszukiwarek internetowych, wyczajek.pl itd, sa smieszne.

Mysle sobie, ze nie doroslismy (jako narod, a moze nawet cywilizacja) do zabawek, ktore mamy. Z przerazeniem slucham o wprowadzeniu w Polsce podpisu cyfrowego. Nawet piekny i poprawny kryptosystem mozna zniszczyc i obejsc przy pomocy niewyedukowanej informatycznie pani helenki z pokoju numer 112a, ktora pomyli jedna cyferke, zgubi wniosek, badz przyjmie zgloszenie przez telefon, czy przeczyta walentynkowy zalacznik.

watpliw'osc=watpliwa przyjemnosc

Dreszczyk przechodzi mnie takze, gdy slucham o montowanych w Mercedesach S-klasy systemach kontroli trakcji/predkosci/itd itp. Mialem watpliwosc pracowac w firmie (juz chyba zbankrutowala) produkujacej elektronike do samochodow. Z niewyjasnionych na glos przyczyn, na firmowym parkingu dla pracownikow staly same modele sprzed 10-20 lat. Kazdy dostatecznie skomplikowany system ma blad. Oczywiscie sa systemy budowane w sposob majacy powyzsze na uwadze, ktore sobie z tymi bledami radza. Ale rowniez im ciezko mi zaufac.

jak jest przeplyw to dobry 'wykrywacz cugu' daje wartosc 1, brak cugu lub zepsuty wykrywacz daje 0... tylko kurna nie pamiętam co sie dzieje jak sie termostat spieprzy

Moze to tylko ja mam paranoje. Wypytywalem ostatnio magika od junkersow na temat zabezpieczen, ktore ma moj grzejnik. A jest co zabezpieczac, bo poza oczywistym wybuchem ulatniajacego sie gazu, w puli znajduja sie tez: zaczadzenie cofajacym sie z komina gazem, rozsadzenie sie przegrzanej nagrzewnicy itp. Jakos nie umial mnie przekonac, ze owe zabezpieczenia zadzialaja takze, jesli sie zepsuja. Bo to wazne, zeby rzeczy dzialaly takze wtedy gdy nie dzialaja. Chcialbym, zeby zepsuty wykrywacz cugu w kominie, nie zezwalal na doplyw gazu gdy sie zepsuje. Chcialbym, aby podobnie bylo w przypadku awarii termostatu itd. Chcialbym wreszcie, aby awaria komputera pokladowego Mercedesa jadacego za mna (bo sam sobie takiego nie kupie) nie spowodowala, ze wjedzie mi w dupe. Z drugiej strony nie chcialbym takze, aby awaria Mercedesa jadacego przede mna spowodowala, ze stanie on jak wryty i ja mu wjade w dupe.

Mam nadzieje, ze konstruktorzy tych wszystkich zabawek maja na uwadze to, ze zabawki sie psuja. W ogole mam nadzieje, ze ludzie, ktorym powierzam swoje zycie wiedza co robia i wiedza w jakim stopniu moga ufac wlasnym rozwiazaniom i metodom. Jakas przerysowana wersja tego leku zekranizowana byla w "Nie bedziesz mial bogow cudzych przede Mna". W reszcie, mam nadzieje, ze ja sam nie wprowadzam moich zleceniodawcow/uzytkownikow/uczniow w blad. Kolko odpowiedzialnosci sie w pewnym sensie zamyka, mimo, ze mocno nadszarpniete. Ja wciaz ufam, ze nasze domy (chcialem napisac granice, ale to bez sensu) sa bezpieczne dzieki naszym wojskowym. Mam wrazenie, ze oni nieslusznie zaufali mi (i innym informatykom) publikujac swoje zdjecia na naszym-portalu.pl

To sie moze wielu osobom wydawac glupie i niepotrzebne, ale ilekroc spotykam sie z glupota uzytkownikow, pomijajac pierwsza, zwierzeca reakcje, jaka jest smiech z tego zjawiska, mam tez chwile refleksji nad samym soba i moimi obowiazkami. Ci ludzie nie byli (choc powinni, ale to inna sprawa) przeszkoleni z informatyki. To ja, nie oni, jestem odpowiedzialny za _przetwarzanie_ informacji. Nie biore oczywiscie winy na siebie czy na portal za przejawy glupoty, nie mniej czuje sie nieco winny, ze z ta glupota nie walcze, ze jej nie zaradzam.

Przykladowo, gdy pan X umieszcza swoje pijackie zdjecia w internecie, po czym jest zdziwiony, ze zdjecia te, moze zobaczyc takze jego pracodawca, to zastanawiamy sie, czy aby na pewno opcje ustawien prywatnosci byly wystarczajaco wyraznie wyeksponowane, czy ich domyslne ustawienia sa domyslne itd. Gdy ktos, doda rozwalajace layout strony zdjecie, albo ustawi sobie 3300literowe nazwisko, to nie kasujemy mu konta (od razu), tylko myslimy nad tym, jak pomoc ludziom uswiadomic sobie blad, jak wykryc go zawczasu itd.

Kluczowe jest uswiadomienie sobie, ze kazdy z nas moze byc takim panem X. Kazdemu (prawie) zdaza sie popic. Czesto zdaza nam sie popelnic blad, zle kliknac, oprzec sie o klawiature. Czesto jestesmy przemeczeni i nie doczytamy instrukcji obslugi bardzo przemyslanego programu do konca. Czesto nie czytamy wcale umowy licencyjnej, czy ustalen na temat ochrony danych osobowych. Patrzac z boku, w tych sytuacjach, nie roznimy sie za bardzo od pacana.

Co wiecej, powyzsza liste przykladow wlasnej niekompetencji moglbym przedluzac w nieskonczonosc, gdybym wkroczyl na tereny inne niz informatyka. Lista glupich z punktu widzenia medycyny czy prawa rzeczy jakie robie co dzien, jest pewnie dluga. Mimo to, oczekuje, ze lekarz potraktuje mnie podczas wizyty powaznie, mimo, ze nie chodzilem bez szalika. Cieszy mnie rowniez, ze takie akcje jak szczepienia, czy badania sa wymuszone odgornie na wszystkich. Dokladnie w ten sam sposob, jak cieszy mnie wymuszanie na uzytkownikach logowania sie przez SSL, czy instalowania najnowszych poprawek do systemu.

Widze w tym przejaw troski, a nie ubezwlasnowolnienia. Widze handel wymienny uslug i wiedzy - jedni znaja sie na tym inni na innym, ale oczekujemy od siebie na wzajem traktowania sie nawzajem z troska. Jestem sklonny w tym celu poswiecic troche swojej wolnosci i dajmy na to stawic sie na komisje wojskowa, czy pojsc na badania krwi.

Pewnie w idealnym swiecie, gdzie wszyscy maja na wszystko czas, zawsze czytaja maly druczek, sa nieskonczenie inteligentni itd, wystarczyloby kazdemu rozdac podreczniki do medycyny, informatyki i taktyki i zyczyc powodzenia w walce z przeziebieniem, hakerami i terrorystami.

Uwazam, ze kazdy powinien czuc sie zobligowany do robienia wszystkiego co w jego zakresie jest mozliwe, aby wykorzystac swoja wiedze tam gdzie innym jej brak. Jak sie jest producentem lyzek, to nalezy zadbac by sie nie miescila do przelyku. Jak sie projektuje piekarniki, to powinno sie pomyslec o podwojnej szybie z izolacja termiczna. Jak sie handluje nozami, to samemu powinno sie zastanowic, czy na dluzsze i ostrzejsze nie powinno sie wymagac zezwolenia. A jak sie sprzedaje zelazka, to nalezy w instrukcji napisac, ze nie sluzy ono do prasowania zalozonego na siebie ubrania. A na paczce orzeszkow nalezy pisac ze zawieraja orzechy. A kubek z wieczkiem powinien miec ostrzezenie: uwaga kawa parzy usta i rece, bo jak zamawiam goracy napoj, to bynajmniej nie chodzi mi o taki, po ktorym schodzi nablonek z podniebienia. I tak -- powinien miec zabezpieczenie przed rozlanieniem, nie dlatego, ze jestem totalnym ciamajda, ale dlatego, ze nie chce spowodowac wypadku, tylko dlatego, ze na wyboistej drodze wywala mi sie na spodnie kupiona w drive-thru kofeina. I jesli zabronicie mi w ogole pic goracych napojow w aucie, to spytam czy to aby nie bylby przejaw decydowania za mnie i traktowania mnie jak debila. A jesli uwazacie, ze jestem debilem, bo sam na to nie wpadlem, ze nie powiniennem pic w aucie, gdy prowadze, to odrzekne, ze wspomniana kawa moze nalezec do pasazera, ktoremu ktos, zle zaprojektowal miejsce, w ktore odstawia sie kubki, tak aby bylo przy skrzyni biegow. Rzecz jasna uniemozliwia to wylania sobie czegos na spodnie, chyba, ze ktos siega po napoj gdy zmieniam biegi.

Powyzsze przyklady sa juz wcielone w zyciu. Czesci z nich mozna postawic zarzut, ze owe zabezpieczenia powstaly pod presja narzuconych odgornie przepisow a nie z dobroci serca. Gowno mnie to obchodzi. Pomyslcie raczej kto stal za owa presja. Osoba, ktora wymyslila te byc moze smiesznie owocujace przepisy, miala na pewno w sobie wiecej serca i troski niz owi producenci. Byla na stanowisku, na ktorym mogla zrobic cos dobrego i zrobila. A jesli kogos smiesza powyzsze przyklady, albo uwaza, ze prowadza one do wyksztalcenia sie calych pokolen idiotow, za ktorych trzeba myslec to proponuje rozwazyc kilka prostych sytuacji. Lyzke znajduje Wasze male dziecko. Dziecko wie, ze ogien jest "fe", a piekarnik "fu", ale Wy sami przez pomylke ocieracie sie o niego siegajac do lodowki, albo pomagajac dlawiacemu sie lyzka dziecku. Kumpel X na imprezie, chociaz fajny chlop, popisuje sie kupionym na bazarze dlugim nozem - nie podoba sie to nachlanemu kumplowi Y. Wychodzac na impreze z domu zauwazacie faldke na zawiazanym z trudem krawacie, ktory przeciez nie jest bezposrednio przy ciele, wiec to przeciez nic nie zaszkodzi jesli sobie go szybko przeprasuje, ale pechowo poslizgneliscie sie na wyplutej przez dziecko lyzce i wypalili oko. Jedziecie za granice nie znajac obcego jezyka, w ktorym sa napisy na opakowaniu kupionych w strefie bezclowej orzeszkow ziemnych, ale pamietacie, jak sie pisze 'orzechy', mimo, ze 'pistacje' nic wam nie mowi. Kazdy czasem robi cos glupiego. To nie jest wystarczajacy powod, by karac go smiercia, banem, dekonspiracja, utrata dowodu, skasowaniem samochodu itd.

Poszerzajac nieco perspektywe, tak aby zawierala Einsteina, Dalaj Lame, googla, encyklopedie, Gory Swietokrzyskie i centrum obliczeniowe w CERN, zdacie sobie sprawe, ze slowo "czasem", nie jest zbyt precyzyjne.

Chcialbym, abysmy najpierw opanowali podstawy nauki (bo po 2000 lat to raczej wciaz raczkujemy) zanim zaczniemy radosnie wpychac ja do wszystkich zakamarkow naszego zycia bez zadbania o to, by umiec sobie poradzic, gdy zawiedzie. I nie chodzi mi o to, ze nalezy dziecku urzadzic tor przeszkod z zelazkami, palnikami, wirujacymi ostrzami i pchania samochodu pod gorke na lodzie. Wrecz przeciwnie. Chcialbym, aby to konstruktorzy, intelektualisci, tworcy, wzieli troche wiecej ciezaru na siebie i zadbali o to, by przedmioty codziennego zbytku, nie mogly sie przerodzic w Skynet. Bo o ile wizja buntu inteligentnych maszyn, mnie jakos nie rusza, o tyle wizja buntu zlamanego czipa w sterowniku windy, czy buntu pana X z warsztatu, ktory zamiast wymienienia podzespolow na oryginalne, po prostu zmostkuje bezpiecznik, przemawia do mnie bardzo.

Pseudolosowosc

W naszej-pracy, o wiekszosci awarii dowiadujemy sie posrednio, obserwujac spadek ogladalnosci. Mamy taki specjalny wykres, aktualizowany co pare minut, nalozony na odpowiadajacy mu wykres z poprzedniej doby, na ktorym mozna porownac ogladalnosc o danej porze dnia dzisiejszego i wczorajszego. To co mnie w nim porusza, to ze w przypadku braku awarii, wykresy te sa prawie identyczne -- przypominaja weza, ktory trawi slonia.

Z punktu widzenia pojedynczej osoby, wydaje sie, ze jest tyle roznych czynnikow decydujacych o tym, czy obejrze to czy tamto i czy w ogole chce i moge cos w danym momencie ogladac. Tymczasem z zegarmistrzowska precyzja, dzien w dzien, jako masa milionow uzytkownikow, zachowujemy sie przewidywalnie do tego stopnia, ze wedlug tego zywego organizmu mozna stroic martwe maszyny w serwerowni.

Dopiero widzac to na wlasne oczy, zrozumialem, ze towarzystwo ubezpieczeniowe naprawde bardziej, niz to czy sie wyspalem, naregulowalem lusterka i popatrzylem w lewo przy wyprzedzaniu, interesuje czy moje auto jest barwy czerwonej.

Praca dostarcza mi troche stycznosci z pseudolosowoscia. Przekonalem sie juz na wlasnej skorze, ze do pewnych zastosowan (load balancing) mozna przyjac, ze wystarczajaco losowy jest numer uzytkownika modulo 11, a do innych (streaming algorithms) nie wystarczy brac crc32.

W informatyce jest pojecie epsilon-odrozniacza. To taki byt, ktory potrafi odroznic sekwencje losowych liczb od pseudolosowych, z prawdopodobienstwem 50%+epsilon. Ciekawe, czy my, jako ludzie, bylibysmy uznani za generator liczb losowych, czy tylko pseudo. Ciekawe czy istnieje ot taki byt.

Wirtualne pieniadze

Oczywiscie to pewnie jakis ekonomiczny belkot, ale naszla mnie ostatnio taka mysl. Czy to by cos zmienilo [na lepsze], gdyby jakas czarodziejska sila sprawila, ze kazdy obywatel Polski, odzyskalby z powrotem caly swoj 19% podatek. Dla uproszczenia zalozmy, ze kazdy placil dokladnie 19% i teraz nagle w jego portfelu te pieniadze nadal sa. Czy to nie spowodowaloby natychmiastowej inflacji, ktora [gdyby jakos ja okielznac] i tak ustabilizowalaby ceny na po prostu o 19% wyzszych? Albo moze patrzac na sytuacje od drugiej strony: czy to, ze kazdemu z nas zabierane jest 19% z pensji nie sprawia czasem, ze nauczylismy sie o wszystkim myslec w kategoriach 'brutto/netto'? Czy nie jest, aby tak, ze negocjujac stawke godzinowa za nasza prace uwzgledniamy automatycznie, ze czesc pieniedzy nigdy nie zobaczymy? Czy nie jest, aby tak, ze w naszym kraju wszystkie ceny sa odpowiednio przeskalowane?

Zaintrygowalo mnie to, musze przyznac. No, bo, jesli faktycznie zalozyc, ze powyzsza teoria 'psychologiczno-socjologiczno-ekonomiczna' jest sluszna, to w istocie podatek pobierany jest z jakiejs wirtualnej puli pieniedzy, ktora widzimy tylko na kilku wydrukach i zeznaniach, czyli czysto wirtualnie. Nieco bardziej materialna stycznosc z tymi pieniedzmi ma pewnie pracodawca, ktory je przelewa na konto urzedu skarbowego. Podejrzewam jednak, ze tak naprawde te pieniadze nigdy sie nie materializuja. Jedyny slad po ich bytnosci to cyferki na wyciagach bankowych. Ale przeciez, koniec koncow, spora czesc podatkow w koncu zostaje na cos wydana. Na mosty, szkoly, lecznictwo. I tutaj zaczyna sie dla mnie cos intrygujacego. Mianowicie, skoro te pieniadze pochodza z wirtualnej puli, o ktorej wiekszosc z nas nauczyla sie juz dla swietego spokoju nie myslec, to czy nie powoduja zametu i zawirowan na prawdziwym rynku pracy i towarow?

Sen z zycia

Postanowilem zrobic sobie wakacje od religii. Popatrzec na wszystko z boku. Przestac zmuszac sie do klepania w kolko wyznania wiary i poczekac czy nastapi moment, w ktorym sam zechce je zlozyc. Wypracowac sobie wlasny, dorosly punkt widzenia.

Poki co, eksperyment trwa juz od jakiegos czasu. Nie czuje potrzeby powrotu. Co innego moja podswiadomosc. Od czasu do czasu podrzuca mi kolejny koszmar, ktory zawsze ma ten sam motyw. Nie zawiera niczego straszniejszego niz rzeczywistosc. Odbiera mi jednak te warstwe mojej (nad)swiadomosci, ktora za dnia zajmuje sie ukrywaniem przede mna nieuniknionego konca. W tych snach, trace grunt pod nogami -- czuje sie jak ktos, kto ma za 30 minut samolot i miota sie probujac sie spakowac i zamowic taksowke jednoczesnie. Cos co na co dzien wydaje sie odlegla i nieprzewidywana przyszloscia, we snie zostaje umieszczone w odpowiedniej perspektywie: stuletnie drzewa, tysiacletnie kraje, milionletnie skaly i moja smierc za co najwyzej paredziesiat lat.

Religia to opium dla mas. Teraz widze, ze nie sposob przecenic daru jakim jest chrzest, nauczenie dziecka paciorka i 'wyjasnienia mu' co sie dzieje po smierci. Patrzac na to z boku, widze, ze nawet jesli rodzice nie wierza w swietego Mikolaja, to powinni dziecku podarowac chociaz pare lat wiary w niego. Podobnie, nawet jesli sie nie wierzy w potwory i czarodziejska moc lampki nocnej, powinno sie dziecku spiewac kolysanki, zostawic uchylone drzwi i tak dalej. To odciagniecie uwagi od glownego problemu naszej egzystencji jest bezcenne.

Ta finezyjna i przewrotna koncepcja by uznac koniec ziemskiego zywota, za narodziny w innym swiecie, przeuroczo wpasowuje sie w moj styl wywracania wszystkiego do gory nogami.

No ale, gdy juz raz przestanie sie wierzyc w swietego Mikolaja, to trzeba sobie zaczac jakos radzic. Probowalem wymyslic jakis spojny swiatopoglad, nie opierajacy sie na wrozkach, demonach i duszkach i nigdy nie udalo mi sie wen wkomponowac jednego prostego faktu: ze w tym w fizycznym swiecie znajduje sie ja -- obserwator. Pomyslalem sobie, ze moze po prostu jestem za cieniutki na tego typu rozwazania. Tak zrodzil sie we mnie pomysl 'Filozofii 2.0', czyli opensoursowej religii/doktryny/systemu filozoficznego. Mozna by postawic serwer wiki, dac ludziom pelen dostep i czekac co wymysla. Mysle, ze moglby to byc dosc ciekawy projekt nawet jesli chodzi o juz istniejace religie. Na przyklad mozna by postawic serwer, na ktorym miliony polskich wierzacych-niepraktykujacych moglyby opisac poszczegolne elementy, w ktorych ich prywatny punkt widzenia rozmija sie z tym gloszonym w Kosciele. Jestem pewien, ze otrzymalibysmy miliony ciekawych koncepcji grzechu, raju itd.

Powyzszy pomysl pozostawiam do zrealizowania innym. Osobiscie chcialbym zajac sie pewna jego modyfikacja, zainspirowana nowelka Jacka Dukaja. Chcialbym stworzyc gre, ktora w wielu aspektach przypominalaby zycie i dawala ciekawy wglad w jego mechanizmy.

Gra troche przypominalaby gre Spore, tzn. gracz posiadalby pod swoja kontrola rozwoj pojedynczego gatunku. Zaczynajac od jednokomorkowej amebki, mialby mozliwosc doklejac co raz to nowe komorki pelniace okreslone funkcje. Np. witke, pancerzyk, gruczolik trawienny, parzydelko, jakas taka fotosyntezatornie, spalarnie ATP, nerw, osrodek decyzyjny itd. Wszystko to plywaloby w chemicznej zupie i od czasu do czasu spotykalo sie z (po)tworami innych graczy. W wyniku takiego spotkania byc moze ktos by ucierpial, ale przede wszystkim mielibysmy okazje przejrzec 'kod DNA' konkurencyjnego gatunku i co trafniejsze kawalki przekopiowac do swojego przyszlego wcielenia.

Gra nie mialaby tez zadnego wyraznego celu, ale mialaby konkretne zasady. Gra dawalaby wiec mozliwosc poigrania sobie w Darwinowskim stylu, czy moze raczej Lamarkowskim, bo fajne rozwiazania rozprzestrzeniac sie beda dosc szybko. To o tyle wazne, ze zaprojektowanie sprawnie dzialajacego organizmu o kilkuset komorkach, to pewnie zmudne zadanie, ktoremu nie kazdy by umial podolac i warto przy nim 'wspolpracowac'. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Gra w jawny sposob dopuszcza mozliwosc kopiowania cudzego dziela bez jego wiedzy i zgody. Nie mialaby punktacji, czy rankingu, wiec dylemat 'skopiowac czy nie', zawieszony bylby w kontekscie czystym od wszelkich korzysci 'finansowych'. Bylaby to okazja do odpowiedzenia sobie na pytanie, czy wazniejsza jest ochrona praw autorskich czy postep. Na serwerze bylo takze forum dyskusyjne, gdzie gracze mogliby dyskutowac -- w obliczu braku celu w grze -- co im sie zywnie podoba. Wymyslac wlasne cele, robic konkursy pieknosci, zawierac sojusze itd. I znow, wszystko to, w kontekscie zupelnie sterylnym, bo bez sztucznie wymuszonych zasad.

W zamierzeniu gra mialaby wiec dawac okazje do refleksji nad samym soba i nad tym jak bardzo nasz umysl potrzebuje celu i sensu. Gra mialaby w miare klarowne zasady -- podobnie jak fizyka czy matematyka. Podobnie jak zycie, nie mialaby jednak instrukcji ani solucji. Nie zawieralaby scenariuszy, misji, celow.

Wszelkie rankingi, kodeksy itd wyplynac musialby od samych graczy i to na ich potrzebe.

Oczywiscie nie wykluczam, ze nikomu sie w taka gre nie bedzie chcialo grac. Marnowanie czasu na cos co nie ma celu wydaje sie idiotyczne nawet mi. Ale to takze cenna lekcja dla kazdego z nas, w tym dla (s)tworcy gry. Jesli gracze nie chca grac nie znajac celu, to znaczy, ze na pytanie 'byc albo nie byc' odpowiadaja inaczej niz podpowiada instynkt zachowawczy.

Oczywiscie zalezaloby mi na tym, aby gra byla ladna, grywalna i dawala jakas tam satysfakcje, z tego ze nasz stworek rosnie i dobrze prosperuje. Chcialbym jednak, aby nie bylo w grze zadnego promowania istoty bardziej rozbudowanej i skomplikowanej wzgledem jednokomorkowego fotosyntezatora. Wszelka przewaga pierwszego nad drugim istnialaby tylko i wylacznie w glowie grajacego. Bo tez i w zyciu, choc mowi sie, ze czlowiek jest gatunkiem najdoskonalszym, to nie widze jego przewagi nad komarem, krokodylem, pantofelkiem czy kamykiem. To ile sie ma potomstwa, czy ile trwa okres od narodzin do smierci, moze sie wydawac miara sukcesu, ale w ostatecznym rozrachunku nie wydaje sie obiektywna miara. Czuje, ze moglaby to byc cenna refleksja dla niejednego gracza, ze poswiecil mnostwo czasu na udoskonalanie swojego stwora tylko i wylacznie na wlasne zyczenie, z wlasnej pychy i wlasnej potrzeby robienia rzeczy na obraz i podobienstwo.

Nie raz bawilem sie myslami, ze moze caly nasz wszechswiat to projekt na zaliczenie jakiegos ucznia w jakiejs rozwinietej 'zewnetrznej' cywilizacji. Byc moze nawet oddany po terminie i nisko oceniony. Moze rozgrzebany i niedokonczony. A moze wlasnie wysublimowane dzielo, podziwiane w jakims muzeum. Zastanawialem sie nad tym, czy przyjecie przez Boga ludzkiej formy, to cos podobnego do sytuacji, gdy programista loguje sie do swojego systemu na konto zwyklego uzytkownika, a zmartwychwstanie, to cos ala 'sudo respawn'. Zastanawia mnie, jakiego rodzaju satysfakcje, moze odczuwac autor takiego dziela jakim jest wszechswiat. Zapewne niewielka, lub Stworca byl ograniczony i nie byl w stanie zrobic nic lepszego. Jesli jestesmy obrazem i podobienstwem Stworcy choc w takim zakresie, jak moj awatar na forum, jest moim podobienstwem, to i tak, mam powazne watpliwosci co do wspanialosci i nieskonczonej mocy Autora Wszechswiata.

Duzo mysle nad tym, jak mozna zachowac zdrowe zmysly, racjonalne myslenie, a jednoczesnie nie byc sparalizowany beznadzieja sytuacji jaka jest posiadanie skonczonego zycia. Jedyne do czego doszedlem, to ze nalezy znudzic sie zyciem. Zrobic wszystko dobre i ciekawe co mozna zrobic. Wykorzystac jak najwiecej okazji, by niczego nie zalowac. Byc moze wtedy, po wielu latach przyjdzie taki dzien, gdy bedzie sie tak znudzonym, jak na przedostatnim dniu wycieczki w cieple kraje. Smierc bedzie wtedy czyms, na co ani nie czekamy, ani sie nie boimy -- nareszcie stanie sie obojetna.

Powyzsze podejscie zupelnie nie rozwiazuje jednak niespodziewanego charakteru smierci. Nie wiadomo kiedy nastapi. Na pewno nie kazdy bedzie mial az tyle czasu, by sie na nia dobrze przygotowac. Co wiecej, do poki sie nie przygotuje, to upragniony moment zobojetnienia nie nadejdzie - a ciezko sie pracuje pod tak wielka presja. Do tego dochodzi problem radzenia sobie nie tylko ze swoja smiercia, ale tez bliskich. Na to nie umiem sobie na razie wypracowac metody. Probuje sobie wmowic, ze to naturalna kolej rzeczy. Ze smierc przychodzi w milionach sztuk dziennie i nie wypada udawac zaskoczenia pojedynczym jej przypadkiem.

Ale to nie do konca oszukuje podswiadomosc. A moze wlasnie oszukuje az tak skutecznie... W kazdym razie, w snach moi zmarli bliscy wciaz zyja, pomagaja zalatwiac mi sprawy spadkowe, planuja z nami wakacje -- ostatnio moj tato chcial ode mnie zaswiadczenie do Politechniki, bo mu kadrowa powiedziala, ze nie moga zatrudniac zmarlego. Ewidentnie, moja podswiadomosc nigdy nie przyjela do wiadomosci faktu, ktory moja swiadomosc przeskoczyla bojac sie dluzszej nad nim kontemplacji. W tych snach, smierc jest tak samo pustym faktem, jakim chcialbym, aby byla na jawie. Bardzo lubie te sny, sa wesole, cieple i rodzinne.

Sa tez zupelnie nielogiczne i nijak nie pomagaja w codziennych zmaganiach. I tylko dlatego nie podnosze ich do rangi mistycznych doswiadczen, religijnych objawien czy obcowania ze zmarlymi. Po prostu, nic by mi to nie dalo. Wole myslec, ze sa to figle mojej podswiadomosci, ciekawe historyjki, marzenia.

Chcialbym, by powstala kiedys filozofia, ktora tlumaczylaby nie tylko cztery sily fizyki, ale tez sny, powod istnienia swiata, zjawisko swiadomosci i dawala jakis cien nadziei na zycie pozagrob...nie, to nawet brzmi glupio. Tymczasem na wielu lekach psychotropowych wciaz widnieje informacja, ze nie znana jest metoda dzialania leku, a proboszcz z tytulem magistra fizyki, niechcacy, zasugerowal, ze JP2 popieral eutanazje - w swoim wlasnym przypadku.

Wracajac do kwestii gry. Uswiadomilem sobie, ze od strony implementacyjnej, brak celu w grze bardzo wiele ulatwia. Skoro nie ma rankingu, to nie ma presji by oszukiwac. A zatem, czesc obliczen mogliby przeprowadzac sami gracze. Jak sie nad tym zastanowic, to w prawie kazdym aspekcie codziennych problemow programisty, brak tej punktowanej presji, pomaga napisac program latwiej i klarowniej.

Level 2

We wspominanym Spore, ostatni etap polega na lataniu po wszechswiecie statkiem UFO i formowaniu nowych swiatow tudziez zarazania ich zyciem. Wyrazniej niz w poprzednich etapach widac w nim swobode i potege gracza, oraz idacy w parze z brakiem skrepowania brak regul i celu.

Mysle, ze podobnie jak odswiezajacym doznaniem jest uswiadomienie sobie, ze zycie czlowieka nie ma jasno sprecyzowanego sensu i celu, tak i inspirujacym jest dopuszczenie mozliwosci, ze Stworca rowniez nie bardzo wiedzial do czego zmierza.

W nawiazaniu do kwestii blogoslawienstwa jakim jest danie dziecku wiary, chcialem dodac, ze nie mialbym chyba odwagi odebrac dziecku prezentow choinkowych, radosci pierwszej komunii, ani nie potrafilbym mu powiedziec prosto z mostu, ze mamusia i tatus kiedys umra i zostanie sam.

Wyrwanie sie na jakis czas z religii odswiezylo moje spojrzenie na wiele spraw. Kiedys, gdy slyszalem o protestach Francuzow w kwestii choinek w szkolach, mialem wrazenie, ze to jakas banda dziwakow, ktorzy robia sztuczny problem z czegos co jest przeciez mile i ma marginalny zwiazek z chrzescijanstwem [chyba, ze w Betlejem rosly choinki]. Teraz rozumiem, ze glowny problem z symbolem takim jak choinka, jest wlasnie taki, ze jest mily, a ma marginalny zwiazek z chrzecijanstwem. Nikt nie ma watpliwosci, ze adresowanie reklamy do dzieci jest nieetyczne. Co wiecej, mowa tu o reklamie zawierajacej zupelnie niezwiazane z towarem elementy.

Kiedys mialem wrazenie, ze Kosciol niewystarczajaco sie przyklada do ksztalcenia ksiezy, a dobor katechetow do szkol srednich jest fatalny. Teraz widze, ze ciezko wyksztalcic ksiedza tak, aby myslal racjonalnie. Ze w ogole problem dotarcia do inteligentnej mlodziezy jest marginalny, bo po pierwsze jest jej malo, po drugie i tak nie beda praktykujacy, a po trzecie pewnie i tak nie beda szczerze wierzyc.

Swoja droga, korci mnie zeby zostac ewangelizatorem. Oczywiscie bylby to szczyt hipokryzji, ale mam wrazenie, ze umialbym w wielu dyskusjach przegadac niepokornie myslacych. Czuje, ze swietnie spelnialbym sie w misji dawania ludziom wiary i to tym mocniej im sam bym mniej wierzyl. Czasem bawie sie myslami, ze caly Kosciol dziala sekretnie w mysl tej doktryny. Na tyle skrycie, ze nawet nigdy tego nie mowia miedzy soba na glos. Ze tak zwane 'powolania' i 'objawienia' to tak naprawde zdanie sobie przez kogos sprawy z tego, ze wiecej dobra zdziala oklamujac ludzi.

Szczerze zazdroszcze wierzacym. Nie czuje potrzeby uswiadamiania komukolwiek czegokolwiek. Zawsze wydawala mi sie obca postawa Neo, ktory w imie jakichs wlasnych przekonan, mordowal przypadkowych ludzi, by innych ludzi uwolnic z czegos co wydawalo mu sie wiezeniem. Gdybym mogl wrocic do Matrixa, to chetnie.

Valid HTML 4.01 Strict Poprawny CSS! Skomentuj